banner ad

Fragment kryminału noir „Cicha fala” Gianrica Carofiglia

11 lipca 2016

cicha-fala-fragment
W „Mrocznej serii” wydawnictwa W.A.B. ukazał się kolejny kryminał włoskiego pisarza Gianrica Carofiglia. „Cicha fala” to historia policjanta, który w gabinecie psychiatry opowiada o swojej burzliwej przeszłości. Prezentujemy fragment książki.

Roberto rozejrzał się po gabinecie. Louis Armstrong wciąż wisiał na swoim miejscu, ale na przeciwległej ścianie pojawił się nowy obraz: mały rybacki port, wyciągnięte na brzeg łodzie, kilka ludzkich postaci. Pejzaż emanował spokojem. Jest cichy, pomyślał Roberto.

? Wszystko w porządku?

? Tak, tak, przepraszam.

? Rozglądał się pan.

? Tak, właśnie myślałem o tym, że chociaż odwiedzam ten gabinet już od ładnych kilku miesięcy, do tej pory nie zwróciłem uwagi na jego wystrój. Kiedyś, jak tylko wchodziłem do pomieszczenia, od razu zauważałem wszystko: ogół i szczegół. Robiłem prawdziwe pamięciowe fotografie. Gdy znalazłem się w jakimś miejscu, później umiałem je opisać z najdrobniejszymi detalami. Natomiast gdyby ktoś mnie spytał, jak wygląda pański gabinet, w ostatnich tygodniach byłbym w stanie najwyżej powiedzieć, że stoi w nim biurko, dwa lub trzy krzesła, kozetka i kilka regałów przy ścianach.

? A teraz?

? Teraz znów zaczynam zwracać uwagę na otoczenie. I na dworze, i w pomieszczeniach.. Na przykład ten plakat zauważyłem dopiero podczas ostatniej sesji. No chyba, że naprawdę dopiero go pan powiesił. Ale był tu już wcześniej, prawda?

Doktor uśmiechnął się, spoglądając na zdjęcie Louisa Armstronga.

? Tak, cały czas tu był. Wisi u mnie już kilka lat. Podoba się panu?

? Tak? to zdanie jest? Jeśli chodzi o jazz, to nie wiem, nie bardzo się na nim znam, ale myślę, że to zdanie pasuje też do innych rzeczy? Bo to prawda, są takie sprawy, że jeśli trzeba je człowiekowi tłumaczyć, to znaczy, że i tak nigdy ich nie zrozumie.

Na kilka sekund zapadła cisza. Roberto usłyszał wściekłe tykanie zegara. Spróbował odszukać go wzrokiem, lecz bezskutecznie.

? Na czym ostatnio skończyliśmy? ? spytał doktor.

Roberto skinął głową, jakby został przywołany do porządku. Nie wiedział, czy doktor naprawdę nie pamięta, w którym momencie przerwali opowieść podczas czwartkowej sesji, czy tylko chce sprawdzić poziom jego skupienia.

? Tak. Wtedy już pracowałem głównie nocami, w dyskotekach i klubach. Oprócz kilku moich najstarszych informatorów, nikt nie wiedział, że jestem karabinierem. Dla bywalców tych miejsc byłem tylko jednym z wielu, którzy spędzają noce w klubach, żeby zabić czas, wyrwać jakąś panienkę lub załatwić swoje ciemne sprawki.

? Proszę mi wybaczyć, mam pytanie. Być może uzna je pan za głupie. Ale czy pańscy przełożeni traktowali czas spędzony przez pana w tych lokalach jako część pana pracy?

? Początkowo nie było wyraźnego rozróżnienia. Ale w końcu moi dowódcy zdali sobie sprawę, że chodząc w takie miejsca, spotykając się z ludźmi z tego środowiska, ułatwiałem pracę kolegom z jednostki. Pozyskiwałem informacje, zdobywałem telefony, numery rejestracyjne, adresy. Rozmawiałem z wieloma osobami, a później na podstawie danych, które udało mi się zebrać, wszczynano śledztwa, zarządzano obserwacje, zakładano podsłuchy i tak dalej. Jeśli dowiadywałem się czegoś, co dotyczyło transportu narkotyków lub ich obecności w danym miejscu, od razu przechodziliśmy do interwencji. Przeszukanie, aresztowanie, przejęcie towaru. Stopniowo przełożeni pozostawiali mi coraz większą swobodę działania, aż w końcu zupełnie przestałem pracować według grafiku.

? Pan ograniczał się do zdobywania danych czy uczestniczył też w aresztowaniach i we wszystkich pozostałych czynnościach?

? Początkowo jeśli mogłem to tak, brałem udział w akcjach. Zdarzały się sytuacje, kiedy ktoś mówił mi, że w takim czy innym mieszkaniu albo na zapleczu jakiegoś sklepu, znajduje się towar. Jeśli miejsce, w którym mieliśmy interweniować, nie należało do informatora? Cóż, udział w interwencji, w aresztowaniu, to bardzo ważna sprawa dla ludzi wykonujących mój zawód. To istotny składnik? jak by to powiedzieć?

? Satysfakcji zawodowej?

? O, właśnie. Satysfakcji. Zresztą już kiedyś o tym rozmawialiśmy. W każdym razie z czasem, kiedy coraz głębiej wchodziłem w pewne środowiska, pokazywanie się w towarzystwie kolegów z jednostki stało się zdecydowanie niewskazane. Krótko mówiąc, stopniowo coraz częściej obracałem się w towarzystwie dilerów, alfonsów i przemytników, a coraz rzadziej przechwytywałem rozmowy telefoniczne, brałem udział w przeszukaniach, akcjach i aresztowaniach.

? Szybko się pan w tym odnalazł?

? Dobre pytanie. Tak, nie miałem z tym problemu. Myślę, że ten nowy tryb pracy mi się podobał. Ale niewiele z tego pamiętam.

? Czy to sprawiało panu przyjemność?

? Przyjemność?

Przyjemność. Czy w tamtym czasie praca sprawiała mu przyjemność? Tak, pewnie tak, choć nigdy by się do tego nie przyznał. Ale niezależnie od tego, czy można to nazwać przyjemnością, czy nie, podobało mu się takie podwójne życie, życie na granicy światów, życie, w którym nie musiał przestrzegać niemal żadnych zasad, obowiązujących karabinierów w codziennej pracy.

Z zamyślenia wyrwał go głos doktora.

? Czy to sformułowanie jest dla pana problematyczne?

? Może trochę, tak. Nie do końca rozumiem dlaczego, ale jakoś mi ono nie pasuje.

? Dobrze. Proszę kontynuować.

A może mógłbyś mi wyjaśnić, skąd się bierze ten dyskomfort, co? Bo mnie się wydaje, że wiem, ale mógłbyś mi to wytłumaczyć, zamiast jak zwykle zostawiać kwestię zawieszoną w próżni, może wtedy lepiej bym się zorientował, co się dzieje we mnie, w środku. Klepnął się w skroń. Jakby chciał podkreślić sens tego niewypowiedzianego zdania.

? Jak już wspominałem, wchodziłem w ten świat coraz głębiej i wyrobiłem sobie reputację niezłego bandziora.

? Jak to?

? Kiedy rozmowy schodziły na to, kto z czego żyje, opowiadałem, że pracuję w sektorze handlu międzynarodowego. Nie precyzowałem, czym konkretnie handluję. Czasami jednak pozwalałem, żeby co nieco mi się wymsknęło. Niejednoznacznie wspominałem o Ameryce Południowej, o Kolumbii, Wenezueli. O luksusach, w jakich się pławię, kiedy wyjeżdżam za granicę. O wysoko postawionych przyjaciołach. Zostawiałem różne tropy. Często przyjeżdżałem do lokali luksusowymi samochodami, które pożyczaliśmy z kolegami z zaprzyjaźnionych salonów. To robiło wrażenie, rzecz jasna. Do tego dochodziła kwestia znajomości języków. Mówiłem panu, że oprócz angielskiego mówię jeszcze po hiszpańsku?

? Nie. Jak się go pan nauczył?

? W Kalifornii ten język znają niemal wszyscy, zwłaszcza bliżej granicy z Meksykiem. A poza tym rodzina mojego ojca mówiła po hiszpańsku. Jego rodzice, moi dziadkowie, pochodzili z Meksyku. Wyemigrowali do Stanów.

? No tak, oczywiście. Przecież pan ma hiszpańsko brzmiące nazwisko.

? Pewnego wieczoru, a właściwie pewnej nocy, siedziałem przy barze w jednym z klubów i rozmawiałem z dziewczyną, prostytutką, która czekała, aż jakiś mężczyzna podejdzie i postawi jej drinka. Taki miała patent na szukanie klientów. Była jedną z osób, z którymi się zaprzyjaźniłem. Piliśmy coś, to nie był dla niej zbyt owocny wieczór. W pewnym momencie podszedł do nas facet wyglądający jak żywcem wyciągnięty z filmu gangsterskiego.

? Czyli?

? Ciemny garnitur, ciemna koszula, ciemny krawat, pekaesy, złota zapalniczka, która musiała ważyć chyba z pół kilo, złoty zegarek, ważący pewnie ze dwa razy tyle. Karykatura. Za nim przydreptali dwaj goryle, jego obstawa. Też zupełnie przerysowani. W każdym razie typ podchodzi i mówi, że musimy porozmawiać. W cztery oczy. Dziewczyna, nazywała się Agnese, pamiętam to doskonale, umiała się odpowiednio zachować i zmyła się, jeszcze zanim facet skończył mówić. Usiedliśmy we dwóch przy stoliku w vip roomie. Goryle zostali na zewnątrz. Facet, żeby mi zaimponować, zamówił butelkę szampana za trzysta tysięcy lirów. Co za pajac.

? Czego od pana chciał?

? Spytał, skąd tak dobrze znam hiszpański. Ktoś kiedyś usłyszał, jak rozmawiałem z dziewczyną z Wenezueli, która pracowała w tamtym lokalu, i mu o tym powiedział. Rzuciłem coś luźno o Ameryce Południowej i o interesach, przy których bez języka ani rusz. Spojrzał na mnie z chytrą miną, jakbym powiedział dokładnie to, co spodziewał się usłyszeć. Pękał z dumy, że taki jest przenikliwy. ?A jakie interesy prowadzisz w Ameryce Południowej??, spytał z miną człowieka, który już i tak zna odpowiedź. ?Interesy, w których podstawowa zasada mówi, żeby nie wtykać nosa w nie swoje sprawy?, odparłem z uśmiechem, patrząc mu prosto w oczy.

*

Ej, nie wkurwiaj się tak ? uspokoił go facet. Nie chciał okazać Robertowi braku szacunku, ale musiał sprawdzić, czy łączą ich jakieś tematy i czy istnieje możliwość nawiązania współpracy.

Okazało się, że facet zarabia na życie stręcząc kilka dziewczyn, okazjonalnie sprzedaje też kokainę tej samej klienteli, oprócz tego robi za wysokooprocentowany bank. Ale ostatnio nadarzyła mu się okazja, żeby dokonać skoku jakościowego. Dostał propozycję wejścia w przemyt kolumbijskiej kokainy. Zgodził się bez zastanowienia, ale szybko się zorientował, że sprawa zdecydowanie go przerasta, a jego nowi partnerzy są dużo ostrzejsi niż ludzie, wśród których obracał się do tej pory. Zaczęły mu puszczać zwieracze. Zlać do nieprzytomności nieszczęśnika, który nie spłacał odsetek na czas, to mieściło się w jego kompetencjach. Zarządzać dziewczynami ? po dobroci, kiedy się dało, lub twardą ręką, kiedy musiał ? to mieściło się w jego kompetencjach. I z tym naprawdę świetnie dawał sobie radę. Był prawdziwym zawodowcem.

Ale na szerokich wodach, a Roberto szybko zrozumiał, że jego rozmówca naprawdę na takie musiał właśnie wypłynąć, poradzić sobie nie umiał. Jednocześnie koleś nie chciał, żeby taka okazja przeszła mu koło nosa.

Zaczął się więc rozglądać. Długo łamał sobie głowę, aż wreszcie przypomniał mu się ten chłopak o konkretnej prezencji, który prawie co wieczór pojawiał się w klubie i sprawiał wrażenie człowieka wiedzącego, jak się w pewnych sytuacjach zachować. Wyglądał na takiego, co zna wszystkich, których trzeba znać.

? A konkretnie, o co ci chodzi? ? spytał Roberto, żeby zarobić kilka sekund. Próbował zorientować się w sytuacji. Był zaskoczony jak wędkarz, który wybrał się na labraksy, a nagle poczuł, że przynętę zaatakował dwudziestokilogramowy tuńczyk. No i wędkarz chce tego tuńczyka wyciągnąć. Chce go wyciągnąć, chce tego jak jasna cholera, ale boi się, że jeśli zacznie szarpać zbyt gwałtownie, żyłka pęknie. Porusza się więc ostrożnie. Bardzo ostrożnie.

? Jeśli dobrze cię zrozumiałem, a gdy chodzi o ludzi, to prawie nigdy się nie mylę w ich ocenie, mógłbyś mi pomóc w pewnym przedsięwzięciu. Przyda się ktoś, kto gada po hiszpańsku, przyda się…

? Pomóc ci? Miałbym zostać twoim przydupasem? ? przerwał mu Roberto. Roześmiał się szyderczo i spojrzał na niego z pogardą. Ta rola zaczynała mu się naprawdę podobać. Mężczyzna czym prędzej się poprawił.

? Nie, to znaczy, przepraszam cię, nie miałem na myśli? chciałem tylko powiedzieć, że moglibyśmy współpracować. Jako wspólnicy.

? A skąd mam wiedzieć, że nie jesteś psem i że to wszystko nie jest tylko przedstawieniem, służącym temu, żeby mnie posadzić?

? Psem? Ja? Popytaj o mnie ludzi, tutaj, w Mediolanie albo gdziekolwiek. Zobaczysz, że nie jestem psem. Pytaj o Mario Jaguara, przekonasz się, co ci powiedzą.

? Mario Jaguar? To twoja ksywa? ? Znów roześmiał się kpiąco.

Facet miał mokre czoło, pocił się też nad górną wargą. Może z zawstydzenia. Są tacy ludzie, dla których nazwanie psem to naprawdę najgorsza obelga.

? Dobra, panie Mario Jaguar, jak jesteś taki pewniak, to bez oporu pójdziesz ze mną do kibla, żebym mógł cię przewiskać, nie? Później może pogadamy o interesach.

? O czym ty, kurwa, mówisz? ? Jego głos stał się nieco piskliwy.

? O tym, że nie masz w ręku żadnego certyfikatu, na którym by było napisane: ?Nie jestem psem?. Więc zanim przejdziemy do dalszej części naszej pogawędki, chcę się upewnić, że kiedy rozmawiam z tobą, rozmawiam tylko z tobą.

? Nie rozumiem.

? Jeśli jesteś z psiarni, to nieźle grasz. A jak nie jesteś, to może lepiej nie pakuj się w sprawy, ma które jesteś za cienki. Nigdy nie słyszałeś o mikrofonach, dyktafonach i innych takich?

? Chyba oszalałeś.

? OK. W takim razie żegnam. Lepiej, żebyś nie kręcił interesów z wariatem.

Roberto wstał od stołu.

? Ej, czekaj. Masz w chuj ciężki charakter. Dobra, chodźmy do tego pieprzonego sracza, dam ci się przefiskać. Może potem pogadamy na serio.

Roberto prawie się roześmiał. To było silniejsze od niego. Musiał zagryźć wargi niemal do krwi, żeby się powstrzymać. Kiedy wchodził do łazienki, coś go tknęło, jakieś przeczucie. Że to, co się zaraz wydarzy, zmieni jego życie na zawsze. To był tylko moment, ale to właśnie tę groteskową sytuację Roberto przez wiele lat miał wspominać jako prawdziwy punkt zwrotny w swoim życiorysie.

Mario Jaguar oczywiście nie miał przy sobie ani mikrofonu, ani dyktafonu. Tylko pękaty portfel, wypchany absurdalną liczbą banknotów o wysokich nominałach. Wrócili do stolika, Jaguar zamówił kolejną butelkę. DJ puścił Heal the world Michaela Jacksona, kilka dziwacznych par pląsało w objęciach na parkiecie.

? Znasz się na tym, co? Przefiskałeś mnie jak zawodowiec ? powiedział Jaguar.

? Byłeś już kiedyś przeszukiwany?

? Nie, ale…

? W takim razie skąd wiesz, jak robią to zawodowcy?

Jaguar zastygł z uniesioną szklanką.

? Ja pierdole, trudny z ciebie gość, wiesz?

Roberto spojrzał na niego bez słowa. Mierzyli się wzrokiem przez kilkanaście sekund. Jaguar opróżnił kieliszek i znów go napełnił. Zapalił papierosa, zaciągnął się, wypuścił dym nosem i położył paczkę na stoliku. Roberto sięgnął po nią, wyciągnął papierosa i zapalił. Nie miał specjalnej ochoty, ale pomyślał, że ten gest pasuje do jego nowej roli.

? Wybacz, że cię nie poczęstowałem. Nie wyglądasz na gościa, który pali papierosy. Czy mogę ci w końcu wytłumaczyć, dlaczego cię szukałem?

? W porządku, mów.

Mario powiedział mu, o co chodziło. Już od jakiegoś czasu współpracował z Kolumbijczykami, którzy co kilka miesięcy przysyłali mu do Mediolanu kolejne grupki dziewczyn. Były przeznaczone dla stałych klientów, którzy lubili nowości i nie szczędzili na to kasy. Jaguar zajmował się rozlokowywaniem dziewczyn w burdelach, gdzie przez parę miesięcy pracowały dzień i noc. Później przenosiły się do innych miast lub innych części Europy.

Pewnego dnia Kolumbijczycy zaproponowali mu wejście w kokainowy biznes.

? Grube interesy.

? Grube, czyli? ? spytał Roberto.

? W Kolumbii jest niewiarygodny wzrost produkcji, więc szukają nowych klientów. Mogą wysyłać po pięćdziesiąt kilogramów naraz i to w świetnej cenie. Mają w opór tego koksu, a muszą go przecież puścić w obieg.

Roberto głęboko odetchnął. Gdyby ktoś go teraz obserwował, pomyślałby, że próbuje właśnie oszacować, na jakie zyski może liczyć. W rzeczywistości jednak był to sposób na opanowanie emocji. Transporty po pięćdziesiąt kilogramów. Zupełnie niespotykane ilości.

? Ten biznes może całkowicie odmienić twoje życie. Z chłopakami handlujemy trochę koką, ale mówię tu raczej o ilościach w granicach pół kilograma na dwa, trzy tygodnie. Sprzedajemy ją klientom naszych dziwek i jeszcze kilku znajomym. Nie umiem tego ogarnąć na tak olbrzymią skalę.

? I co powiedziałeś Kolumbijczykom?

? Że jestem zainteresowany, ale najpierw muszę pogadać z partnerem, który zajmuje się narkotykami.

? Tylko że ty nie masz takiego partnera.

Jaguar zaśmiał się, próbując przybrać przebiegłą minę, co przyniosło raczej idiotyczny efekt. Ewidentnie był z siebie niezwykle zadowolony.

? Więc pomyślałeś sobie, że pogadasz ze mną i może zgodzę się zostać twoim pomagierem.

? Nie no, źle dobrałem słowa, już cię za to przeprosiłem. Zostaniemy wspólnikami i ubijemy genialny interes. Ja mam kontakt i kasę, którą mogę zainwestować. Ty umiesz organizować takie rzeczy. Mógłbyś polecieć do Kolumbii, spotkać się z nimi i ogarnąć transport. Wchodzimy w spółkę, a zyskami się podzielimy.

? Naprawdę nie chcesz stracić tej szansy, co?

Jaguar roześmiał się, zanim odpowiedział.

? Pewnie, że nie. Przy tych ilościach zrobimy z dziesięć przerzutów, a potem kupię sobie wyspę na południowych morzach i już do końca życia nie kiwnę palcem. Ty będziesz mógł zrobić to samo.

Przez te wszystkie lata, począwszy od owego wieczoru, Roberto wiele razy myślał, w jak dziwaczną i tragiczną aferę wplątał się Jaguar. Zupełnie niezmuszany, z własnej inicjatywy. Sam zawiązał pętlę, która miała go udusić, a później zacisnął ją sobie wokół szyi, popijając radośnie pośledniego szampana za trzysta tysięcy lirów za butelkę.

? Masz jakiś dokument?

? Dokument?

? Tak, prawo jazdy, dowód osobisty, kartę członkowską Klubu Przyjaciół Myszki Miki, cokolwiek.

? Po co?

? Bo zanim zacznę kręcić z kimś interesy, lubię dokładnie sprawdzić, z kim mam do czynienia. Ty pokazujesz mi swoje papiery, ja zapisuję twoje dane, każę je zweryfikować znajomemu, który ma odpowiednie dojścia, a później widzimy się tu za, powiedzmy, trzy dni i kontynuujemy tę rozmowę. Jeśli jesteś w porządku, nie musisz się martwić. A jak nie, po prostu nie pojawiaj się tu więcej. Oczywiście możesz mi też nie pokazywać swoich papierów, a wtedy uznamy, że wypiliśmy drinka, porozmawialiśmy sobie trochę i tyle. Powiedzmy.

Jaguar westchnął. Potem podniósł się ciężko z fotela, wyciągnął z lewej tylnej kieszeni pękaty portfel, a z niego sfatygowane prawo jazdy.

? Może być coś takiego?

Roberto przyjął dokument bez słowa. Otworzył go i zobaczył zdjęcie chłopaka, który nie nazywał się jeszcze Jaguar, nie handlował kurwami, nie pożyczał kasy na wysoki procent. W sumie wyglądał na normalnego gościa. Takiego, który bywa na uniwersytecie, chodzi na rozmowy kwalifikacyjne, ma dziewczynę, lubi pizzę i kino, gra z kolegami w piłkę, pstryka sobie zdjęcia do prawa jazdy w fotobudce. A później nagle jego życie robi gwałtowny zwrot, a on zmienia się w Mario Jaguara, alfonsa, lichwiarza i (pechowego) kandydata na międzynarodowego handlarza narkotykami.

Roberto wezwał kelnerkę i kazał przynieść sobie długopis. Co prawda miał swój w kieszeni, zawsze musiał mieć, ale nie chciał wzbudzać nawet najmniejszych podejrzeń. Po co narkotykowy przemytnik, zawodowy kryminalista, miałby nosić ze sobą długopis? Długopis przydaje się glinie, który chce zanotować to, co zauważy, żeby nie zapomnieć szczegółów, a bandyta raczej nie ma czego zapisywać. A jeśli już musi, to długopis od kogoś pożycza. No właśnie.

Roberto zapisał dane Mario Binettiego, zwanego Jaguarem, na serwetce i oddał mu prawo jazdy.

? Dobra, zwijam się. Jeśli wszystko będzie w porządku, widzimy się tutaj za trzy dni o tej samej porze. Jeśli nie wszystko będzie w porządku, lepiej dla nas obu, żebyśmy się więcej nie spotkali. Ani tu, ani nigdzie indziej.

? Spotkamy się i ubijemy razem ten interes, a ja cię ozłocę. Jak masz znajomości w psiarni, szybko się dowiesz, kim jest Mario Jaguar. Kilku gliniarzy lubi sobie czasem zaszaleć z moimi dziewczynami. Ja im nie każę płacić, oni pozwalają mi pracować w spokoju.

Roberto z trudem powstrzymał się od pytania, o których gliniarzy chodzi konkretnie. Wszystko po kolei, pomyślał, akcentując w głowie każde z tych słów. Najpierw narkotyki na tony, dopiero później, jeśli się uda, skorumpowani koledzy.

Wstał i wyszedł. Kiedy przekraczał próg klubu, pomyślał, że to, co mu się właśnie przytrafiło, było zupełnie nieprawdopodobne. Musiał nad sobą zapanować, żeby nie zacząć biec. Ktoś mógłby go zauważyć. Szaleńczy sprint to nie byłoby zachowanie godne międzynarodowego handlarza narkotykami, prominentnego przestępcy. Osoby, którą właśnie się stawał i którą miał pozostać przez najbliższych dziesięć lat.

*

Doktor spojrzał na zegarek.

? Muszę przyznać, że tym razem to mnie z trudem przychodzi przerwanie naszej rozmowy.

Roberto nie wiedział, dokąd zaprowadzą go te opowieści. Ale czuł, że zmierza ku jakiemuś konkretnemu celowi.

Wyszedł z budynku i ruszył w stronę domu. Po chwili spostrzegł pizzerię, jedną z tych z wieloletnią tradycją, Bez wątpienia przed laty musiał ją nie raz odwiedzić. Dobra pizza, pyszne i ociekające tłuszczem fritti.

Była tu zawsze, na pewno. Przez ostatnie siedem miesięcy też.

6

Rozmyślanie o tym, co było, nie zawsze wywiera na człowieka korzystny wpływ.

Doktor często mu to powtarzał. Nie należy dać się wciągnąć w pułapkę wspomnień. Kiedy się pojawiają, trzeba przyglądać się im z dystansu i pozwolić, by po chwili odpłynęły w dal.

Myśli zostają z nami tylko wtedy, kiedy sami chcemy je zatrzymać, mawiał. Żeby to zobrazować, opowiedział Robertowi o pułapce, której w pewnym regionie w Indiach używano do łapania małp. Działa ona w prosty, ale zabójczy sposób. To rodzaj więcierza z wąskim wlotem. W środku umieszcza się jedzenie. Otwór ma średnicę, która pozwala małpie wsunąć rękę do środka, ale gdy zwierzę zaciśnie dłoń w pięść, już jej nie wyjmie. Kiedy więc małpa chwyta jedzenie i próbuje je wyciągnąć, okazuje się, że nie jest w stanie tego zrobić. Gdyby porzuciła przynętę, mogłaby się uwolnić, ponieważ jednak nie chce tego zrobić, pozostaje uwięziona.

Wspaniała opowieść, pomyślał Roberto. Sugestywna, doskonała.

W teorii.

Bo jak sprawić, żeby myśli odpłynęły w dal, kiedy są wbite w twoją głowę jak gwoździe, które tym głębiej ranią twoją duszę, im bardziej starasz się je wyszarpnąć?

Jednak z czasem, gdy terapia i leki zaczęły działać, także zalecenia doktora stopniowo przestawały mu się wydawać niewykonalne. Na przykład kiedy spacerował i koncentrował się na kolejnych krokach, czuł, jakby lepkie skrzepy cierpienia stawały się nieco mniej dokuczliwe, jakby się wręcz na kilka chwil rozpuszczały, a jego głowa stawała się wówczas cudownie lekka. Działo się to, o czym mówił doktor, i myśli, te konkretne, zbudowane ze wspomnień, z rozgoryczenia, ze strzaskanych marzeń, odpływały w dal, choć tylko na jakiś czas. Wystarczający jednak, by Roberto zdążył zrozumieć, że to, o czym mówił doktor, jest możliwe.

Wszedł do mieszkania i uświadomił sobie, że za dwa miesiące będzie musiał się udać na wizytę kontrolną w pracy. Pierwszy raz pomyślał, że mógłby powrócić do służby.

Pierwszy raz, od kiedy kolega zastał go w biurze z pistoletem w ustach. Zastanawiał się wtedy, czy jeśli strzeli się sobie w głowę z tak bliska, naprawdę nie poczuje bólu. Czy gdy go znajdą, będzie leżał we własnych odchodach, jak zwłoki zamordowanych, które widział tyle razy. Czy instynktowny i nagły lęk przed śmiercią okazałby się wolniejszy niż nabój Parabellum kaliber dziewięć milimetrów, który miałby przeszyć jego mózg i roztrzaskać czaszkę.

Był całkowicie spokojny, a umysł miał jasny, kiedy czuł na języku smak oksydowanej stali i wyobrażał sobie scenę własnego samobójstwa.

Doskonale pamiętał twarz tego młodego podoficera, jego przerażoną minę. Chłopak wyglądał, jakby chciał wybiec w poszukiwaniu pomocy, zdawał sobie jednak sprawę, że prawdopodobnie byłby to największy błąd. Śmiertelny.

? Kolego? odłóż to. Wyciągnij to z ust, jeśli łaska. ? Naprawdę powiedział jeśli łaska. Roberto uznał to za niezwykle intrygujące. Kolego, nie strzelaj sobie w głowę, jeśli łaska. Pomijając już wszystko inne, zachlapiesz całe biuro, zrobi się burdel, sędziowie, dziennikarze, dochodzenia.

Wyciągnij to z ust, jeśli łaska. Jeśli łaska, kolego, zostałem karabinierem, bo chciałem, żeby wszystko było proste. Źli po jednej stronie, a dobrzy, czyli my, po drugiej. Wszystko jasne, proste, przewidywalne.

Taki schemat nie przewidywał natknięcia się na kolegę siedzącego w biurze o drugiej w nocy, gotowego rozwalić sobie łeb strzałem z pistoletu.

Roberto spojrzał na niego szczerze zadziwiony. Czuł, że ogarnia go absurdalny spokój, że kontroluje sytuację. Chłopak miał gładką, jeszcze nieco dziecinną twarz, mógł mieć ze dwadzieścia pięć lat. Sprawiał wrażenie, jakby lada chwila miał się rozpłakać.

? Wyciągnij to z ust i odłóż na biurko, jeśli łaska. ? Jego głos drżał.

Roberto zastanawiał się, co zrobić. Pociągnąć za spust czy odłożyć pistolet? Przez kilka sekund czuł totalną wszechmoc, jakby nieograniczoną potęgę. Był panem życia i śmierci. Mógł dokonać wyboru.

Dokonać wyboru.

Wyciągnął lufę z ust i odłożył pistolet na stół. Nabój znajdował się w komorze, kurek był odwiedziony. Wystarczyłby najlżejszy nacisk na spust, a stałoby się nieodwracalne.

? Mogę podejść? ? spytał chłopak.

? Jasne ? odparł Roberto tonem zdradzającym lekkie zaskoczenie. Dlaczego niby miałby nie móc podejść? W myślach powtórzył to zdanie, słowo po słowie, powoli i wyraźnie.

? Mogę to zabrać? ? zapytał chłopak, zbliżając się powoli.

? Moment ? odpowiedział Roberto. Wziął pistolet do ręki. Delikatnie opuścił kurek i zabezpieczył broń. Wysunął magazynek. Odciągnął zamek, z komory wyskoczył pocisk, który jeszcze przed chwilą mógł przeszyć jego mózg.

? Teraz możesz to wziąć ? stwierdził w końcu. ? Z pistoletami trzeba uważać. Chwila nieuwagi, przypadkowy wystrzał i nieszczęście gotowe. ? Mówił obojętnym tonem. Żadnej ironii czy sarkastycznej nuty. Nie brzmiał jak człowiek, który minutę wcześniej balansował na granicy życia i śmierci. Tamtego człowieka już nie było.

Młody karabinier zabrał pistolet, magazynek i pocisk, który wyskoczył z komory podczas rozładowania. Wreszcie wyszedł, żeby zadzwonić po pomoc. Roberto pozostał na miejscu. Siedział i czekał.

cicha-fala-fragmentGianrico Carofiglio „Cicha fala”
Tłumaczenie: Mateusz Kłodecki
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 320

Opis: Mrok, trauma i walka ze złem. Kameralna historia kryminalna w stylu noir. Walka z bezwzględnymi przestępcami, funkcjonariusz jednostki antynarkotykowej na skraju załamania nerwowego i wstrząsająca zbrodnia. Kameralna, poruszająca powieść kryminalna w klimacie noir, której bohaterami są zwykli ludzie. Cicha fala opowiada o stracie i trudnym powrocie do normalnego życia.

Tagi: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek