banner ad

Fragment biografii „Christian Dior” Marie-France Pochny

5 września 2013

Christian Dior - fragment
Prezentujemy fragment pierwszej biografii najważniejszego projektanta w dziejach haute couture ? Christiana Diora. Opisano w nim pamiętny dzień 12 lutego 1947 roku, kiedy to odbył się pokaz pierwszej kolekcji założyciela słynnego domu mody. Biografia pióra Marie-France Pochny ukaże się na rynku 11 września nakładem wydawnictwa Bukowy Las.

ROZDZIAŁ VIII
Kareta zwana pożądaniem

12 lutego 1947
Był to jeden z tych dni, kiedy człowiek ma wrażenie, że słońce nigdy nie wzejdzie. Ulica, jeśli nie liczyć kilku przechodniów i samochodów, była niemal pusta. W tamtym czasie w stolicy Francji jeździło ich niewiele. Brakowało paliwa, węgla, brakowało wszystkiego. Tego ranka w radiu zapowiedziano zmniejszenie racji chleba z trzystu pięćdziesięciu na dwieście gramów. Morale Francuzów spadło jak temperatura, poniżej zera. Na termometrze było minus sześć stopni, trochę więcej niż w zeszłym tygodniu, kiedy słupek rtęci zjechał do minus trzynastu. Ale mróz nie zniechęcił około stuosobowej grupy osób przytupujących dla rozgrzewki, które o dziesiątej rano stawiły się pod szarym daszkiem wieńczącym wejście do budynku przy avenue Montaigne 30. Kobiety w futrach z norek i eleganccy mężczyźni rozprawiali głośno i wyglądali na zaprzyjaźnionych. Wszyscy ci szykowni ludzie, widok raczej niecodzienny, dreptali w miejscu. W dłoniach trzymali zaproszenia. Wejście do budynku zagradzał portier w szarym surducie. „Po trzy osoby, proszę!” ? zakomenderował. Kobiety się denerwowały. Pewnie dziennikarki. Nigdy ich tak nie traktowano. Nie miały czasu, żeby go bezsensownie tracić. I to jeszcze na oglądanie sukienek! Już od dwóch tygodni od rana do wieczora oglądały pokazy!

W tym hałasie nikt nie zauważył tapicerów, którzy przemknęli w odwrotnym kierunku, wychodząc jedynym wyjściem z budynku. Przez całą noc pracowali przy robotach wykończeniowych, poganiani przez florystów, którzy od wczesnych godzin rannych układali bukiety zdobiące hol i schody prowadzące do przestronnego salonu w kolorach perłowoszarym i białym. Dekoracja kwiatowa była zaskakująca. Cóż za zbytek! I pomyśleć, że działo się to mieście, w którym ludzie stali w kolejkach przed sklepami z żywnością i umierali z zimna! Tak, w ostatnim tygodniu kilku robotników zmarło na zapalenie płuc. Zamarzły kanały i do Paryża nie docierały dostawy węgla. Dior stał na schodach. Najpierw nadzorował rozstawianie palm, które polecił umieścić przy wejściu, a potem poszedł obejrzeć ogromne owalne wiązanki kwiatów, które przesłaniały lustra wiszące nad kominkami w obu salonach. Efekt bardzo mu się podobał. Wokół niego panowało istne szaleństwo. Harrisson Elliott z rozkładem miejsc w dłoni podnosił karteczki przymocowane do foteli: „Hél?ne Lazareff? tak? Suzan Train? Nie mam już dla niej miejsca na kanapie ?Vogue?a??”. Wydawało się, że Dior nawet nie widzi młodego Amerykanina. Patrzył tylko na długie niebieskie ostróżki, różowy groszek pachnący i białe konwalie, których gałązkę włożył do butonierki. Konwalie były jego ulubionymi kwiatami. Poprzedniego wieczoru zamówił u Lachaume?a bukiet z prośbą o dostarczenie do domu Marcela Boussaca, na boulevard Maurice-Barr?ce 74 w Neuilly. W czasie kilkumiesięcznych przygotowań Boussac stał całkowicie z boku. Pierwszy sygnał, który otrzymał od swego protegowanego, bardzo mu się spodobał. Kiedy wrócił do domu po pracy, jego przedpokój rozświetlał bukiet składający się z białych i czarnych orchidei. Był to niezwykle miły gest, zważywszy jego namiętność do orchidei, które hodował w ogrzewanej szklarni w Chantilly. Z radości Boussac pobiegł natychmiast do apartamentów żony: „Nie martw się jutrzejszym dniem. Nie ma na świecie florysty, który umiałby ułożyć tak piękny bukiet jak ten, który ujrzałem przed chwilą. Jestem pewien, że to będzie wielki sukces!”. Eleganckie panie czekające na zewnątrz nadal przytupywały dla rozgrzewki butami na koturnach. Słychać było coraz głośniejsze protesty. Wysoki Jacques Rouët przyszedł z pomocą Ferdinandowi. We dwóch lepiej sobie poradzili z wpuszczaniem kolejnych gości. Aby rozładować napięcie, czekający wymieniali się plotkami: „To dzięki pieniądzom Boussaca!”, rzucił ktoś, a inny zaraz dodał: „Podobno włożył w ten interes sześćdziesiąt milionów”? „Dużo więcej!”, podpowiedział trzeci głos. A ponieważ gadanie niewiele kosztuje, doszliby tak do miliarda!… „Chyba oszalał…”. „W każdym razie jakie to ma znaczenie, a niech tam…”. Wszyscy się zgodzili: trzy miliony strajkujących we Francji, dwieście pięćdziesiąt tysięcy w samym Paryżu, stolica pozbawiona śmieciarzy, na ulicach wojsko Rozmawiano otwarcie? „Wszystko przez komunistów? Proszę, co zrobili? To kara za odsunięcie od władzy generała de Gaulle?a!… Jak długo jeszcze każą nam tu czekać?… A, wie pan, wróciłem właśnie z Londynu. Tam jest jeszcze gorzej niż w Paryżu!… Zimno? mówię panu? prawdziwa Syberia? i pustki w sklepach? I proszę pamiętać, że Indie się skończyły, nie
mogą już na nie liczyć!…”.

Za chwilę polityka nikogo już nie interesowała. Trzeba tylko było uważać na nogi, żeby ludzie nie podeptali. Pchali się ze wszystkich stron. „Dobry znak. Jesteśmy coraz bliżej drzwi? No, nareszcie dotarliśmy do świątyni. Ale wspaniałe wejście! I te wszystkie kwiaty! Można zapomnieć o całej reszcie!”. Otoczył ich obłok delikatnych zapachów. Zachwycające młode kobiety wychodzące z puzderka wyłożonego toile de Jouy rozpylały kropelki perfum. Nowy zapach: „Miss Dior”?

Ekscytacja gości pozwoliła mu zachować spokój. Nagle Dior, stojący w salonie, znieruchomiał i zacisnął palce na drewienku trzymanym w kieszeni. Młotki tapicerów ucichły, a to oznaczało, że dywan został przybity. A co powiedziała madame Delahaye, jego wróżka? „Pierwszy gość wejdzie wraz z ostatnim uderzeniem młotka”. Wrzawa wokół niego sięgnęła zenitu. Od tej chwili mógł już tylko zaufać losowi. Poczuł dziwny spokój.

„Komuś, kto nie uczestniczył w pokazie prasowym, trudno to sobie wyobrazić ? opowiadała Suzanne Luling. ? Pokaz był połączeniem próby generalnej w teatrze, salonu herbacianego, korridy i prokuratury. Goście rozmawiali, szukali krzeseł z umocowaną tasiemką karteczką z odpowiednim numerkiem, ściskali ręce na powitanie, z daleka dawali sobie znaki, wstawali, żeby poprosić o program. Wszyscy się poruszali, przepychali w poszukiwaniu swoich miejsc [?]. Na tym pijanym statku jakaś kobieta protestowała, ponieważ nie odpowiadało jej miejsce, inna, która miała siedzieć na schodach ? salony pękały w szwach ? narzekała, że poleciało jej oczko w pończosze. Było pachnąco, głośno, frywolnie, a mimo to czuło się, że sprawa jest poważna. Cholernie poważna! Z wyjątkiem kilku przyjaciół stłoczonych na schodach osoby, które się tam zebrały, były już przemęczone sędziowaniem. W zeszłym tygodniu obejrzały z pół tuzina podobnych pokazów. Z ołówkiem w ręku, gotowe były skierować kciuk w dół lub nagrodzić matadora oklaskami. Czuły się jak na korridzie. Było im za gorąco, zdrętwiały im nogi i porozumiewały się, wymieniając między sobą uwagi w żargonie zawodowym. Pozwolono im notować, ale nie mogły rysować ani robić zdjęć. Tu aparat fotograficzny był tak samo niebezpieczny i zakazany jak papieros w rafinerii ropy naftowej, ponieważ pokaz kolekcji jest jak odsłonięcie tajemnicy. Tajemnicy, która w przypadku sukcesu warta jest dziesiątki, może setki milionów, i której przedwczesne ujawnienie rodzi bardzo poważne konsekwencje prawne”.

Nagle, zgodnie z niepisanym regulaminem, rozmowy ucichły. W drzwiach, za którymi znajdowała się przebieralnia, stanęła z kartką w ręku prowadząca pokaz. Na wybiegu pojawiła się pierwsza modelka. Była godzina dziesiąta trzydzieści. Dior skrył się za zasłoną. „Numer pierwszy, Number one!.

Pierwszą sukienkę prezentowała Marie-Thér?se. Dziewczyna była tak zdenerwowana, że pomyliła się przy pierwszym nawrocie i wróciła do garderoby we łzach. Nie była w stanie ponownie wyjść. Nie miało to jednak znaczenia. Publiczność widziała tylko jej zdumiewające przejście, kiedy rozłożyła się jej plisowana spódnica. Kolejne trzy modelki szły jedna po drugiej w tym samym rytmie. Wirujące spódnice uszyte z koła o dwudziestometrowym obwodzie, kapelusze założone na bakier, rękawiczki ? ten krok, ta sylwetka? To nie sen, lecz ucieleśnienie kobiecości ? niepoprawnej kokietki, która nonszalancko zapomniała o dramacie, stworzenia o zmysłowych kształtach, istoty zadziwiającej swoim pojawieniem się, szalonej i eleganckiej, a nade wszystko pewnej siebie? Tak, to ona, wyczekiwana, przywrócona do życia alegoria Paryża, wybuchowa mieszanka, która podbijała wyobraźnię i zapierała dech w piersiach. Kobiety w kwadratowych marynarkach i krótkich prostych spódnicach, które nieświadomie obciągały w dół, osłupiały ze zdumienia. Oklaski przeszły w burzliwą owację. Dziewięćdziesiąt pokazanych modeli reprezentowało dwie linie: „Corolle” i „Huit”, które całkowicie odmieniły kobiecą sylwetkę, akcentując i uwydatniając jej naturalne proporcje. Christian Dior, nadal stojący za zasłoną, przerażony gorączkowym aplauzem, zatkał sobie uszy.

Obie amerykańskie matki chrzestne, Carmel Snow i Bettina Ballard, były absolutnie oczarowane. Pokaz przeszedł ich najśmielsze oczekiwania. „Oglądaliśmy przedstawienie teatralne, jakiego nie wystawił dotąd żaden dom mody ? opowiadała Bettina Ballard. ? Byliśmy świadkami rewolucji w modzie i jednocześnie rewolucji w sposobie pokazywania mody”. Redaktorzy „Harper?s Bazaar” w Nowym Jorku nie mogli się otrząsnąć od poprzedniego dnia, kiedy zatelegrafowała do nich Carmel Snow: „W najbliższym numerze zostawcie dużo miejsca dla Christiana Diora”. To ona jako pierwsza dopadła projektanta: „Prawdziwa rewolucja, drogi Christianie, twoje suknie zapoczątkowały ?New Look?! Są naprawdę cudowne”. Zanim jej słynne słowa dostały się na orbitę okołoziemską, uprzedził ją dziennikarz Agencji Reutera, który zrzucił z balkonu karteczkę kurierowi czekającemu na ulicy. Jeszcze tego samego dnia wiadomość dotarła do Stanów Zjednoczonych. Ponieważ dzienniki francuskie od miesiąca strajkowały, honor opisania zdarzenia przypadł prasie amerykańskiej i zagranicznej. Tym razem Bettina Ballard już nie szczędziła słów pochwały: „To jest dokładnie to, czego świat spodziewał się po Paryżu. Nigdy nie było bardziej sprzyjającej atmosfery na pojawienie się Napoleona, Aleksandra Wielkiego, Cezara krawiectwa. Paryska moda czekała na nowego wodza, który by nią potrząsnął i wskazał kierunek. Nigdy nie było łatwiejszego i pełniejszego podboju niż ten, którego dokonał Christian Dior w roku 1947”. Carmel Snow (słusznie nazwano ją „francuską strażniczką”) uderzyła w nutę patriotyczną: „Dior ocalił krawiectwo, tak jak Francję uratowała bitwa nad Marną”. Amerykańscy kupcy, którzy jej nie uwierzyli i wracali przez Hawr, zanim zobaczyli kolekcję, ledwie minęli Statuę Wolności, a już musieli ruszać w powrotną drogę do Francji.

Christian Dior został wypchnięty do głównego salonu i powitany huraganem braw. Cała jego twarz była pokancerowana śladami pomadki: „Cokolwiek miłego wydarzyłoby się w moim życiu, nie przewyższyłoby uczuć, których doświadczałem w tym momencie”.

Marsylianka!

Tego samego dnia rozpoczęła się prawdziwa inwazja na avenue Montaigne, która trwała przez kilka kolejnych miesięcy. Pałacyk ogarnęła atmosfera szaleństwa. Napierające kobiety chciały natychmiast wyjść w ubraniu od Diora. Nieszczęsne sprzedawczynie nie wiedziały, co mają robić. Klientki, tradycyjnie bardzo wymagające, które trudno było zadowolić w normalnych warunkach, chciały wszystkie naraz mierzyć ten sam model ? kostium „Bar”, symbol kolekcji, z żakietem z kremowego szantungu wykończonym zaokrągloną baskinką, który opinał figurę jak suknia markizy, i czarną plisowaną rozkloszowaną spódnicą, w której idąca kobieta wyglądała jak królowa. Całość wieńczył mały zalotny czarny toczek. Olivia de Havilland kupiła kostium „Passe-Partout”, uszyty z granatowej wełnianej krepy, z półokrągłym dekoltem, z kieszonkami na klatce piersiowej i na baskince, i z obcisłą spódnicą. Kostium ten stanowił kwintesencję linii „Huit”. Wiele klientek zamówiło suknię popołudniową „Corolle” z czarnej wełny, której góra zapinała się na pięć dużych guzików, i z cudownie plisowanym dołem. Plisy miała również suknia „Chérie”, z niebieskiej tafty, a także spódnice wieczorowe. Bardzo podobał się model „Africain” ? długa suknia z muślinu w panterkę. Rita Hayworth zamówiła suknię wieczorową „Soirée” z dwoma poziomami falban, uszytą z granatowej tafty. Wystąpiła w niej na gali swego najnowszego filmu Gilda. Vivian Leigh i Laurence Olivier przyszli oglądać kolekcję w towarzystwie Christiana Bérarda: „Wszyscy mówili z chicagowskim akcentem” ? zauważyła „Scarlett” po wyjściu. Przyjeżdżali tu także goście z Londynu, Rzymu, Buenos Aires, Montevideo. W ciągu kilku tygodni liczba kobiet podróżujących samolotami na trasie między Londynem a Paryżem w stosunku do liczby mężczyzn wyraźnie się zwiększyła. Drogę utorowała Nancy Mitford. Zaraz po niej przyleciały jej siostry. Eleganckiej powieściopisarce, stałemu gościowi ambasady brytyjskiej, od czasu do czasu brakowało pieniędzy, więc bez wahania sprzedała zimą futro, żeby kupić płaszcz od Diora. Otulał ją jak Annę Kareninę, a zużyto na niego tyle materiału, że był tak ciepły jak jej futro z wydr. Dior wywarł niesłychany wpływ na wytworne towarzystwo. „Od czterdziestu lat jestem członkiem Jockey-club ? wykrzykiwał hrabia de Lasteyrie, który trzymał się zwykle z dala od modnych szmatek ? i aż do tego roku nigdy nie słyszałem, żeby padło tam nazwisko jakiegoś krawca. Teraz mówi się wyłącznie o Diorze”.
***

Christian DiorMarie-France Pochna „Christian Dior”
Tłumaczenie: Daria Demidowicz-Domanasiewicz
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 328

Opis: Napisana z elegancją i dziennikarską dociekliwością pierwsza i najpełniejsza biografia Christiana Diora jest nie tylko historią niezwykłej kariery utalentowanego człowieka, ale też portretem świata pełnego szyku i luksusu oraz intelektualnej i artystycznej śmietanki powojennego Paryża. Życie legendarnego francuskiego projektanta mody to gotowy materiał na powieść. Christian Dior długo żył ze świadomością, że ukochana matka tłumi jego aspiracje artystyczne, i pozostawał w cieniu słynnych przyjaciół, m.in. Jeana Cocteau, Francisa Poulenca, Maxa Jacoba. Walczył o skromną egzystencję, nie mając ani pieniędzy, ani zawodu. Ale kiedy wreszcie uśmiechnęło się do niego szczęście, ten nieśmiały samotnik okazał się genialnym twórcą, znakomitym szefem przedsiębiorstwa i prekursorem nowych idei, który przywrócił Paryżowi miano… (więcej o książce)

Tagi: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek