banner ad

Finałowy tom „Serii Szetlandzkiej” Ann Cleeves do kupienia w księgarniach. Przeczytaj fragment „Dzikiego ognia”

2 października 2020

Po raz ostatni odwiedzamy wraz z Ann Cleeves surowe, dzikie i piękne Szetlandy. „Dziki ogień”, ósmy tom serii kryminalnej zapoczątkowanej powieścią „Czerń kruka”, trafił do księgarń. Z jakim trudnym zadaniem musi zmierzyć się tym razem inspektor Jimmy Perez? Poniżej możecie przeczytać początek książki. Po resztę zapraszamy do księgarń.

ROZDZIAŁ 1

Emma siedziała na wale usypanym z otoczaków i obserwowała młodzież przygotowującą ognisko na plaży. Układali stos z przyciągniętych tu kawałków drewna wyrzucanych przez morze – przynajmniej w taki sposób mogli zabić nudę. W Deltaness niewiele się działo. Znajdowało się zbyt daleko od Lerwick, by bezproblemowo urządzić wieczorny wypad do miasta, a autobusy przestawały kursować na długo przed zamknięciem barów. Noc była pogodna, bezwietrzna, a światło powoli przygasało. W następnym miesiącu będzie już środek lata. Emma zjawiła się tutaj, ponieważ także się nudziła. W dzieciństwie marzyła, żeby móc się nudzić, o spokojnych, normalnych dniach wolnych od napięć. O szkole i pracach domowych, i posiłkach w rodzinnym gronie, które nie kończyłyby się wybuchami gniewu, wrzaskami i jeszcze gorzej. A teraz, pomyślała, pojawiło się pragnienie emocji, możliwości wypełnienia dni działaniem i wyzwaniami, prowokowaniem reakcji u ludzi obecnych w jej życiu. Potrzebą sprawiania, żeby coś się działo.

Spoglądała w stronę horyzontu, gdzie morze i niebo zlewały się w jedną całość, i zastanawiała się, dlaczego w takim razie nadal tkwi w Deltaness i pracuje jako opiekunka do dzieci. Jakiś głos w głowie wyjaśniał jej, że nadal znajduje się na Szetlandach, bo przeraża ją świat poza wyspami. Tutaj czuła się bezpieczna, w blisko powiązanej ze sobą społeczności, w której zna swoje miejsce. Gdyby się tak nie bała, nadal byłaby z Danielem Flemingiem, uciekłaby z nim na południe, zostałaby artystką, modelką, a może projektantką. Uciszyła ten głos w swojej głowie. Nie lubiła myśleć, że się boi. Życie tu nie było takie złe. Miało swoje pozytywne strony. Wyjęła butelkę z torebki. Nie była to jej cudowna, nowa torebka, która stała przy łóżku, przypominając o tych pozytywnych stronach, ale zrobiona z resztek materiału. Wypiła łyk wódki i podała butelkę siedzącemu obok niej mężczyźnie.

Magnie Riddell zwrócił jej flaszkę i objął dziewczynę ramieniem. Wkrótce zacznie próbować wsunąć język do jej ust. Na myśl o tym Emma poczuła lekkie mdłości. Lubiła mężczyzn, ale na swoich warunkach, i czasami dochodziła do wniosku, że seks jest bardzo przereklamowany. Magnie był miły i różnił się od jej ojca pod każdym względem, wciąż jednak trudno jej było pozwolić sobie z nim na fizyczną bliskość.

Zapalono ognisko. Nawet z tej odległości czuła bijący od niego żar, a iskry wirowały, ulatując w górę. W dole młodzi podawali sobie puszki z piwem i cydrem. Śpiewali piosenkę, której nie mogła rozpoznać, może o sporcie albo zapamiętaną z festiwalu ognia Up Helly Aa. Potem usłyszała za sobą szelest oraz grzechot przesuwających się kamyków i na szczycie wału pojawił się mały chłopiec. Wpatrywał się w ognisko, najwyraźniej zahipnotyzowany płomieniami. Natychmiast go rozpoznała. To był Christopher, dziwny dzieciak Daniela Fleminga.

Grupa w dole także go dostrzegła i też zaczęła się w niego wpatrywać. A potem młodzi ludzie zaczęli się śmiać i pokrzykiwać. Magnie cofnął ramię i odwrócił się w jej stronę. Najwyraźniej spodziewał się, że Emma zareaguje, że zaopiekuje się dzieckiem. Ale miała teraz wolne i była znudzona. Z uśmiechem na twarzy obserwowała rozgrywającą się w dole scenę.

ROZDZIAŁ 2

Magnie Riddell czuł się stary. Nie powinien znajdować się tu z tymi dzieciakami. A jego matka z pewnością się o tym dowie, ponieważ plotki kursują po Deltaness jeszcze szybciej niż w czasach, kiedy był chłopcem. Wtedy mógł mieć jakąś szansę, że popełniona czasem psota ujdzie mu na sucho. Teraz jednak jego matka wciąż siedziała na Facebooku i wystarczyłoby jakieś zdjęcie, jak Magnie z twarzą zaczerwienioną od płomieni siedzi obok Emmy trzymającej w ręku butelkę, a znowu usłyszałby stare kazanie. O tym, że Magnie jest wszystkim, co jej zostało po tym, jak jego ojciec porzucił ich dla jakiejś zagranicznej dziwki w Lerwick, i jak już przyniósł hańbę jej rodzinie. Nikt z nas nie miał wcześniej kłopotów z policją. Przez miesiąc nie mogłam pokazać się w sklepie. Musisz dorosnąć, Magnie. Ustatkować się, ożenić z miłą, miejscową dziewczyną i sprawić, bym została babcią.

Magnie odwrócił się w stronę Emmy, która siedziała schludna niczym syjamski kot jego matki i mająca pełną kontrolę nad własnym zachowaniem, chociaż wypiła tyle samo, co on. To właśnie odróżniało ją od miejscowych dziewczyn, które wrzeszczały i klęły tak samo jak chłopaki. Nigdy nie traciła kontroli nad sobą. Teraz siedziała z Magniem na wale z otoczaków, wspierając się na łokciach, w pewnej odległości od ogniska, i patrzyła na nie. To także była cała Emma, zawsze nieco na dystans.

– Może stąd pójdziemy? – Pomyślał, że być może pozwoli mu wejść do swojego wydzielonego mieszkanka w wielkim domu doktora. Pewnego razu wpuściła go i leżeli oboje na wąskim łóżku. Pozwoliła mu się dotykać i całować. Zaczął jej dziko pożądać. Później wymknął się kuchennymi schodami i zniknął w ciemności, niedostrzeżony przez nikogo. Przestraszony, sfrustrowany i podniecony, wszystko naraz. Miał nadzieję, że może będzie to początek czegoś, co sprawi, że zostanie jej chłopakiem, nawet kimś więcej. Ale z Emmą nigdy nie można było być niczego pewnym. Nawet kiedy się całowali, kiedy rozpiął jej bluzkę i czuł jej ciało przy swoim, miał wrażenie, że myślami była wtedy daleko. Jakby była kimś obcym, przyglądającym się, co robią. Może nie oceniającym jego dokonania, ale i nie zaangażowanym. Wciąż nie do końca wiedział, co o nim myśli, ale jednocześnie obawiał się ją spytać. Czasami miał ochotę na nią wrzasnąć, zmusić ją, żeby potraktowała go poważnie.

– Nie mogę – odparła. – Są tu Martha i Charlie; muszę mieć ich na oku i odprowadzić z powrotem do domu – mówiła spokojnie. W jej powolnej, typowej dla Orkadów wymowie było coś, co go podniecało, doprowadzało do szaleństwa. W tym momencie zrobiłby wszystko, żeby ją mieć.

– Rozumiem. Oczywiście. – Bo co innego mógłby powiedzieć? Od lat pracowała w rodzinie doktora jako opiekunka do dzieci i chociaż dwoje najstarszych było już nastolatkami, wciąż czuła się za nie odpowiedzialna w sposób, jaki uważał za godny podziwu. Chociaż dziś wieczorem było to frustrujące. Pomyślał, że Emma jest bardziej odpowiedzialna niż doktor i jego żona, którzy chyba nigdy nie wiedzieli albo nie dbali o to, co robi czwórka ich dzieci. Bez Emmy pozwoliliby im rozpuścić się jak dziadowski bicz.

Spojrzał w dół na grupę przy ognisku, usiłując dostrzec dzieciaki Moncrieffów. Jedynym oświetleniem były płomienie ogniska i początkowo nie zdołał ich rozpoznać. Najpierw zobaczył Marthę. Miała szesnaście lat i ciemne włosy. Od kiedy zaczęła chodzić do liceum Andersona, nigdy nie widział jej ubranej inaczej niż na czarno. Siedziała po turecku na piasku, pogrążona w myślach. Według plotek w Deltaness była dziwna i usiłowała zwracać na siebie uwagę. Jego matka, mówiąc o niej, cmokała z dezaprobatą: „Z tej dziewczyny nie wyrośnie nic dobrego. I po co te piercingi i fryzura, jakby wpadła pod kosiarkę? Byłaby zupełnie ładna, gdyby coś ze sobą zrobiła”. Magnie był już nieco pijany i zastanawiał się, dlaczego przypomina sobie słowa matki w najmniej oczekiwanym momencie. Bardzo chciał pozbyć się i ich, i jej.

Charlie był o rok młodszym od siostry, piętnastoletnim, atletycznie zbudowanym blondynem. Teraz obejmował ramieniem przyjaciółkę i śpiewali. Może futbolowe przyśpiewki. W każdym razie nic harmonijnego. Z miejsca, w którym Magnie siedział, nie mógł dosłyszeć niczego, co choć trochę przypominałoby melodię. Tylko rytm. Charlie wymachiwał w powietrzu puszką mocnego piwa. Wkrótce puści pawia. Magnie rozpoznawał oznaki. On sam także zaczął pić, kiedy był jeszcze szczeniakiem.

Za Emmą i Magniem przesunęły się otoczaki. Mężczyzna usłyszał grzechot drobnych kamyków i poczuł, jak kłują go w odsłonięte ramiona. Odwrócił się. Miał nadzieję, że to nie któryś z miejscowych dziadków, który będzie chciał, żeby przestali hałasować albo żeby zgasili ognisko. Wtedy jego matka na pewno usłyszy, że pojawił się na plaży z Emmą. Ostatnio nie był całkiem szczery, kiedy wypytywała go o opiekunkę. W końcu to przecież nie jej interes.

Ale za nimi stał chłopak. Młody chłopiec. Miał na sobie biały podkoszulek, białe szorty i wyglądał jak w bieliźnie, jakby lunatykował we śnie. Magnie zorientował się, kto to. Pewnego ranka, kiedy wracał z matką ze sklepu, pokazała mu go. „To ten głupek, który mieszka w dawnym domu Dennisa Geara. Mówią, że podpalił szkołę i pewnego dnia podpali nas wszystkich”. Magnie nic jej nie odpowiedział. Wiedział, że jego matka miała słabość do Dennisa Geara – krążyły plotki, że swego czasu mieli ze sobą romans – i nienawidziła myśli, że dom tak bardzo się zmienił. I być może dręczyło ją pewne poczucie winy, bo pamiętała, w jaki sposób staruszek zmarł.

Teraz Riddellowi żal było chłopaka, który wyglądał na zagubionego. Skandowanie przy ognisku, które zaczęło się jako kpiny z konkurencyjnych drużyn sportowych, zmieniło się, stało się zjadliwsze. Wreszcie rozróżnił słowa i nie mógł uwierzyć własnym uszom. „Debil, debil, debil”. Magnie spojrzał na Emmę. Pracowała z dziećmi. Z całą pewnością powinna coś zrobić, przytulić chłopaka i go pocieszyć. A potem odprowadzić do jego rodziny. Ale Emma nawet się nie poruszyła. Wciąż obserwowała, co się dzieje na dole. Magnie pomyślał, że może sprawdza, co robią Charlie i Martha. Nawet nie spojrzała na chłopaka stojącego nad nimi. Magnie wstał i wrzasnął do grupy, aby przestali, ale jego głos zniknął we wrzawie. Teraz skandowali już coś innego. Wołali: „Kat, kat, kat”.

Chłopak stał z zamkniętymi oczami, zakrywając uszy dłońmi, żeby nie dopuścić do siebie dźwięków i widoków. Magnie nie mógł uwierzyć, że ludzie mogą być tacy okrutni. Wiedział, że wcale tacy nie są. To alkohol i efekt tego, że stanowili anonimowe części tłumu przeobrażonego w tym migotliwym świetle w jedną potworną, ryczącą całość.

Magnie szybko wspiął się na wał, podszedł do dziecka i wziął je na ręce. Chłopiec nie stawiał oporu. Był bardzo lekki, jak ptak. Sama skóra i kości. Za wałem, skąd nie było już widać ogniska i nastolatków, Riddell postawił chłopca na ziemi. Skandowanie ustało, jakby niewidoczne szczeniaki nagle zawstydziły się tym, co robią. Magnie wziął dziecko za rękę.

– Jesteś Christopher, prawda? No to chodźmy stąd, Christopherze, mama i tata pewnie zastanawiają się, gdzie jesteś. Pójdziemy do nich do domu.

Dopiero kiedy odwrócił się znowu, zobaczył cień. Rozpoznał patrzącą na niego postać.

ROZDZIAŁ 3

Stali na boisku, czekając na wyjście dzieci – głównie matki, ale także dwóch ojców, trzy babcie i młoda kobieta pracująca u doktora jako opiekunka. Najczęściej popołudniami zbierali się w małe zaprzyjaźnione grupki i prowadzili chaotyczne, beztroskie rozmowy. Po dziewięciu miesiącach Helena Fleming wiedziała, czego się spodziewać. Lekkiej, niezobowiązującej pogawędki, anegdotek o wygłupach innych dzieci i osiągnięciach własnych. Na dobrą sprawę nigdy nie czuła się częścią grupy i rzadko kiedy mówiła o swoich pociechach, ale zawsze była gotowa stać się chętną słuchaczką.

Dzisiaj jednak obecni na boisku byli bardziej skupieni i zaangażowani w rozmowę, zanim więc weszła, zawahała się przez chwilę. Brama zazgrzytała, kiedy Helena ją otwierała, i cała grupa odwróciła się w jej stronę. Wiedziała, że rozmawiali o niej, czekali na jej przyjście. Nagle wydało jej się, że nastąpiła przemiana jak z filmu grozy, a sąsiedzi, o których myślała, że dobrze ich zna, przekształcili się w stado psów myśliwskich. Byli żądni nowinek i przez chwilę miała wrażenie, że z wysuniętymi do przodu głowami i śliną cieknącą z ust rzucają się, aby je z niej wyszarpać. Miała ochotę uciec, zdumiona, jak bardzo przeraził ją ten obraz. Była silną, niezależną kobietą, która samodzielnie odniosła ogromny sukces, i nie powinna się tak czuć: otępiała, bezmyślna, roztrzęsiona. Szok i resztki dumy sprawiły, że nie ruszyła się z miejsca. Przecież na dobrą sprawę, tłumaczyła sobie, co mogliby jej zrobić? Na pewno niechętnie urządziliby jakąś scenę. Szetlandczycy byli uprzejmymi ludźmi, przynajmniej z pozoru. Odwróciła się, pochyliła i aby na nich nie patrzeć, udawała, że zawiązuje sznurowadło.

W tej samej chwili wypuszczono na boisko pierwszą klasę. Dzieci Heleny były starsze, ale oczekujący opiekuni rozproszyli się, aby zgarnąć swoich podopiecznych, i natychmiast przestali być tacy groźni. Ręce mieli zajęte tornistrami i kurtkami. Tego popołudnia nikt nie potrzebował wierzchniego okrycia. Był maj. Ciepły jak na Szetlandy. Chwila napięcia minęła, przynajmniej tego dnia, i Helena rozluźniła się, tłumacząc sobie, że jej reakcja – porównanie do psów myśliwskich – była absurdalna. Należało stawić czoła grupie, podejść do niej, nawiązać rozmowę. Ależ była żałosna! Co za tchórz!

Wkrótce potem wybiegła Ellie, błyskając łokciami i kolanami, ze skarpetkami zwiniętymi wokół kostek, umazana kredą lub farbą na czole i na przodzie sweterka. I trajkotała. Czasami Helena miała wrażenie, że dziewczynka urodziła się, mówiąc. A w każdym razie wymagając, aby zwracać na nią uwagę. Helena przywykła, by słuchać jej piąte przez dziesiąte, kiwając od czasu do czasu głową. Nagle z koszmarnym poczuciem winy uświadomiła sobie, że stosowała dokładnie tę samą metodę wobec matki, kiedy ta znajdowała się w ostatnim stadium alzheimera. Pochyliła się w stronę córki i usiłowała się skupić, ale przegapiła początek jej opowieści i dlatego to, co dziewczynka teraz mówiła, nie miało dla niej sensu. Poza tym Ellie nie potrafiła ustać w miejscu dłużej niż chwilę i już odbiegała od niej w podskokach.

Christopher pojawił się jako ostatni, razem z klasową pomocą pedagogiczną. Jak zawsze ostatni, jak zawsze z towarzyszącą mu osobą. Helena pomyślała, że zrobiłoby mu dobrze, gdyby przebywał trochę wśród innych dzieci – bo niby w jaki sposób ma poznać zasady współżycia w grupie, jeżeli nie daje mu takiej szansy? Wciąż jednak nie mogła zebrać się na odwagę, by poruszyć ten problem. Rozumiała, dlaczego szkoła wolała się zabezpieczyć, ale denerwowała ją myśl, że przez to jej syn czuł się odmienny. Miał jedenaście lat, był wysoki, ciemnowłosy i ciemnooki. Śliczny. Pomoc klasowa zawsze się upierała, aby informować ją o wszystkim, co wydarzyło się w czasie dnia. Szkoła w Londynie nie miała możliwości zapewnienia czegoś takiego. Było w niej zbyt wiele dzieci z problemami. Wtedy Helena byłaby wdzięczna za wiadomości o tym, jak Christopher radzi sobie w klasie. Pragnęła takich informacji, świadomości, że jej dziecko otaczane jest opieką, która jej zdaniem mu się należała. A teraz codzienny rytuał ją przygnębiał. Nie chciała wiedzieć, że Christopher wymyślał jakiemuś dziecku albo któreś ugryzł. Cudze współczucie i wyrozumiałość ją męczyły. Chyba wolała przejawiany przez rodziców na boisku głód informacji o jej dziwacznym synu podpalaczu i melancholijnym mężu.

– No cóż, mieliśmy całkiem miły dzień. – Pomoc klasowa była Szetlandką, zawsze radosną, nawet wtedy, kiedy przekazywała bardzo kłopotliwe wiadomości. – Prawda, Christopherze? – Przynajmniej nauczyła się, że uczeń nie cierpi, gdy mówi się o nim „Chris”.

Chłopak spojrzał na matkę i przewrócił oczami. Helena pomyślała, że to jego arogancja wywołuje taką wrogość w innych. Był bardzo inteligentny – w każdym razie miał świetną pamięć i myślał bardzo logicznie, dzięki czemu rozwiązywał trudne problemy matematyczne. Ale ponieważ uważał, że jest pępkiem świata, niekiedy traktował otaczających go dorosłych, w tym własną matkę, jak służbę domową.

– Drobny napad złości w czasie lunchu, ale daliśmy sobie radę. – Becky, pomoc klasowa, uśmiechnęła się. – Dziś nie było żadnych zabaw zapałkami. Do widzenia, do jutra, Christopherze.

Miał na sobie szorty i podkoszulek. Sandały. Żadnego sweterka czy skarpet. Jego ulubiony strój nawet zimą. Zdawał się nie czuć chłodu, ale nienawidził, gdy materiał dotyka jego skóry, nawet wykonany z naturalnych włókien, takich jak bawełna czy wełna. Nigdy nie nosił piżamy i jeżeli tylko mu się to udawało, wałęsał się po domu całkiem nagi. W szkole przyzwyczajono się już do jego skąpego stroju, ale początkowo codziennie do Heleny dzwoniła dyrektorka, pytając, czemu chłopiec przyszedł bez wierzchniej odzieży. Jego matka usiłowała wytłumaczyć: „Nie mamy nic przeciwko temu, żeby się hartował, nawet kiedy jest chłodno”. A potem wysyłała Christophera do szkoły z płaszczem i swetrem w tornistrze, mrucząc pod nosem: „I jeżeli uda się wam go namówić, żeby je włożył, zdradźcie mi, jak tego dokonaliście”. Oczywiście miała nadzieję, że nic z tego nie wyjdzie i okaże się, że to ona miała rację. Tak też się stało i telefony się skończyły.

Podczas gdy matka rozmawiała z Becky, Christopher stał i czekał. Nie wiercił się jak Ellie. Czasami wzdrygał się albo obgryzał paznokcie, czy też drapał się aż do krwi. Wymiana informacji między szkołą a domem była częścią obowiązkowej rutyny, którą należało odbębnić, a Christopher rozumiał znaczenie rutyny. Kiedy rozmowa dobiegła końca, boisko już opustoszało. Helena zawołała do Ellie, która wisiała na drabinkach głową w dół, zaczepiona kolanami, żeby zeszła, bo idą do domu.

Mieszkali w odległości ponad mili od szkoły, ale jeśli pogoda nie była koszmarna, zawsze szli na piechotę. Christopher uskarżał się, że po nich nie przyjechała, ale podobnie jak rozmowa z Becky narzekania też stały się rytuałem. Nie lubił przebywać na dworze, a ponieważ bardzo chciał już wrócić do domu, do swojego pokoju i komputera, szedł szybko, dziwnym krokiem, prawie nie zginając nóg w kolanach. W rezultacie wyglądał jak robot. Droga prowadziła wzdłuż plaży z paroma przewróconymi do góry dnem starymi łodziami, leżącymi wśród wodorostów na linii zasięgu przypływu. Drogę oddzielał od plaży wał z otoczaków i Ellie odbiegła od matki i brata, aby pomaszerować po jego szczycie z rękami rozłożonymi na boki dla zachowania równowagi. Po całym dniu przymusowego bezruchu była jak pies, który musi się wybiegać. Na końcu plaży widniała ścieżka prowadząca przez niski, błotnisty przylądek. O tej porze roku był bardzo kolorowy. Pokrywały go żółte dzikie irysy, kaczeńce, lepnice białe i czerwone, a także rośliny i kwiaty nieznane Helenie. Kiedy się tu sprowadzili, postanowiła, że wszystkiego się o nich dowie, ale inne wydarzenia odsunęły to na dalszy plan. Z tego miejsca widzieli budynek, który stał się ich domem. Od zawsze nazywany był Hesti. Stał na wzgórzu opadającym stromo w stronę płaskiego mokradła i z jego frontowych okien widać było przylądek, plażę, a dalej wioskę Deltaness, szkołę, sklep oraz dom kultury.

Ellie pobiegła przodem. Widzieli, jak pędzi drogą w kierunku domu i mimo stromizny prawie nie zmniejsza tempa. Helena obserwowała córkę z zazdrością i przypomniała sobie, że kiedyś ją samą tak rozsadzała energia. Potrafiła tańczyć całą noc i mimo to być rano zdolna do pracy, wciąż twórcza i tryskająca pomysłami. Dlaczego to wszystko przepadło? Nie z powodu małżeństwa. Daniel zainspirował niektóre z jej najlepszych prac. Poznali się w szkole plastycznej i zdaniem wszystkich jej przyjaciół, a także jej liberalnych rodziców, pobrali zdecydowanie za wcześnie. „Po co wam małżeństwo, kochanie? Po co się wiązać, kiedy wciąż jeszcze jesteście studentami?” Ale spodobał im się ten pomysł. Dramatyczny gest. Może za późno zdecydowali się na dzieci. Christopher urodził się, gdy miała trzydzieści pięć lat, a Ellie, gdy skończyła czterdzieści.

Kiedy dotarli do domu, wciąż jeszcze niczego nie postanowiła. Christopher nadal maszerował niezmiennym krokiem energicznego robota, ale ona trochę się zadyszała i zatrzymała na chwilę, aby spojrzeć na rozległą dolinę wyrzeźbioną wieki temu przez lodowiec. Powtarzała sobie, że w Londynie może i są fajne bary, wystawy i teatry, ale nie ma tego.

Kiedy weszła do środka, Christopher już zniknął w swojej sypialni. Pewnie do tej pory zrzucił prawie całe ubranie i siedział przed komputerem w samych majtkach. Najwyraźniej zafascynowany oglądał całkowicie nieodpowiedni dla niego amerykański serial policyjny. Miał obsesję na punkcie kryminologicznych szczegółów i często trzeba było niemal siłą odrywać go od ekranu. W najlepszym razie powodowało to dąsanie się w milczeniu, a w najgorszym ataki wściekłości. Wrzaski, które pewnego razu w Londynie spowodowały, że sąsiedzi wezwali policję. Czasami Helena ustępowała i pozwalała mu zjeść kanapkę samotnie w pokoju, chociaż wiedziała, że stwarza niebezpieczny precedens i następnego dnia będzie jeszcze trudniej namówić go, żeby spędził trochę czasu z rodziną. Robiła tak, gdy była zbyt zmęczona, aby wdawać się w sprzeczkę.

Ellie była w kuchni i szukała czegoś do zjedzenia. Już obrała sobie mandarynkę i jej skórka leżała na blacie stołu. Przeszła obok Heleny i wreszcie spokojna skuliła się na sofie w dużym pokoju, żeby oglądać dziecięcy kanał BBC. Nie było żadnego śladu Daniela, chociaż samochód stał tam, gdzie zwykle, za domem. Być może poszedł na spacer – bądź co bądź dzień był uroczy, a dziś rano Daniel robił wrażenie o wiele bardziej pogodnego. Helena poczuła ulgę. Depresja jak morze ogarniała go falami i niekiedy zatapiała go całkowicie, pochłaniała człowieka, którego znała i kochała, pozostawiając zamiast niego rozgoryczonego, rozzłoszczonego nieznajomego. Byłoby dobrze pobyć przez jakiś czas w domu bez niego.

Na stole leżał „The Shetland Times”. Daniel musiał wziąć egzemplarz ze sklepu w Deltaness wcześniej, kiedy jeszcze pracowała. Helena otworzyła gazetę, po raz kolejny uświadamiając sobie, jak różni się od lokalnego pisma wydawanego w londyńskiej dzielnicy, w której mieszkali. Tam pierwsza strona miała dość gotycki charakter, pełna była upiornych doniesień o nożownikach, napaściach, podpaleniach i strzelaninach. Tu znajdowały się informacje o rekordowych połowach firmy Shetland Catch, o sprzedaży owiec i dziecięcym festiwalu muzycznym. Teraz jej panika przeżyta na boisku wydawała się czymś absurdalnym. Przecież mieszkają tu dobrzy ludzie. Poczuła, jak stres ustępuje. Wstała, żeby włączyć czajnik i zrobić sobie kubek herbaty, a potem wróciła do lektury.

Pomiędzy drugą a trzecią kartką znajdował się skrawek papieru milimetrowego. Precyzyjnie wycięty, zapewne na gilotynie. Był mały, miał równo pięć na pięć centymetrów. Zaznaczono na nim wzór. Punkty w małych kwadracikach tworzyły ludzika. Mogła być to pozostałość po dziecięcej grze, ponieważ obok postaci kropki tworzyły prymitywną szubienicę. Ludzik już na niej wisiał. Wisielec. Gra skończona. Ale nie było żadnych liter, żadnych kresek w miejscach, gdzie ich brakowało. A Helena już wcześniej otrzymywała takie obrazki.
(…)

Ann Cleeves „Dziki ogień”
Tłumaczenie: Sławomir Kędzierski
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 480

Opis: Elektryzujący finał serii szetlandzkiej! Angielska rodzina – Helena i Daniel Flemingowie – postanawia przenieść się na Szetlandy. Mają nadzieję, że przeprowadzka będzie nowym początkiem ich małżeństwa. Chcą również zapewnić lepsze życie autystycznemu synowi. Wkrótce po ich wprowadzeniu się do nowego domu, dotychczasowy właściciel posesji popełnia samobójstwo. Na Flemingów pada cień podejrzeń. Otrzymują groźby, ktoś wysyła im rysunki szubienicy. Gdy w ich domu zostaje odnalezione ciało młodej opiekunki do dzieci, plotki o tej rodzinie rozprzestrzeniają się jak dziki ogień. Jimmy Perez staje przed kolejnym trudnym wyzwaniem. Tylko czy jest na nie gotowy?

Tagi: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek