Ernest Hemingway w satyrycznej odsłonie. Przeczytaj fragment nowego przekładu książki „Wiosenne wody”

4 marca 2023

Wydawnictwo Marginesy opublikowało minipowieść „Wiosenne wody” Ernesta Hemingwaya w nowym przekładzie Adama Pluszki. To rzadki przykład satyry w dorobku pisarza. Książka powstała jako parodia powieści Sherwooda Andersona, którą przyszły noblista uznał za „okropnie złą”. Bohaterami „Wiosennych wód” są dwaj pracownicy fabryki pomp, którzy poszukują idealnej kobiety. Nie brak tu licznych nawiązań do tuzów światowej literatury, jak i życia osobistego autora. Poniżej możecie przeczytać sam początek książki.

1

Yogi John­son stał i wy­glą­dał przez okno du­żej fa­bryki pomp w Mi­chi­gan. Wkrótce bę­dzie wio­sna. Czy moż­liwe, za­sta­na­wiał się Yogi John­son, żeby to, co po­wie­dział ten gry­zi­pió­rek Hut­chin­son – „su­rowa Zima, lecz czy jej śla­dem nie mknie Wio­sna nowa?” – także w tym roku oka­zało się prawdą? Nie­da­leko Yogiego, nie przy tym obok, tylko przy na­stęp­nym oknie, stał Scripps O’Neil, wy­soki, szczu­pły męż­czy­zna o po­cią­głej, szczu­płej twa­rzy. Obaj pa­trzyli na pu­sty plac fa­bryki pomp. Śnieg po­kry­wał skrzy­nie z pom­pami, które wkrótce miały zo­stać stąd za­brane. Gdy przyj­dzie wio­sna i za­czną się roz­topy, ro­bot­nicy z fa­bryki wy­rwą usta­wione w stosy i skle­jone śnie­giem pompy i prze­trans­por­tują je na sta­cję GR&I, tam tra­fią one na plat­formy ko­le­jowe i od­jadą. Yogi John­son wy­glą­dał przez okno na za­śnie­żone pompy, a jego od­dech ma­lo­wał baj­kowe wzorki na zim­nej szy­bie. Yogi John­son po­my­ślał o Pa­ryżu. Być może to wła­śnie baj­kowe wzorki przy­po­mi­nały mu o ra­do­snym mie­ście, w któ­rym spę­dził kie­dyś dwa ty­go­dnie. Naj­szczę­śliw­sze dwa ty­go­dnie w ży­ciu. To było już za nim. To i wszystko inne.

Scripps O’Neil miał dwie żony. Kiedy pa­trzył przez okno, taki wy­soki, szczu­pły i wy­trzy­mały tą swoją wąt­pliwą krzep­ko­ścią, my­ślał o nich obu. Jedna miesz­kała w Man­ce­lo­nie, druga w Pe­to­skey. Żony, która miesz­kała w Man­ce­lo­nie, nie wi­dział od ze­szłej wio­sny. Spoj­rzał na po­kryty śnie­giem plac z pom­pami i po­my­ślał, co ozna­cza wio­sna. Z żoną z Man­ce­lony Scripps czę­sto się upi­jał. Kiedy był pi­jany, oboje czuli się szczę­śliwi. Cho­dzili ra­zem na sta­cję ko­le­jową i szli wzdłuż to­rów, a po­tem sia­dali ra­zem, pili i pa­trzyli na prze­jeż­dża­jące po­ciągi. Sia­dali pod so­sną na nie­wiel­kim wzgó­rzu, z któ­rego roz­cią­gał się wi­dok na li­nię ko­le­jową, i pili. Cza­sami pili całą noc. Cza­sami pili przez ca­lutki ty­dzień. Do­brze im to ro­biło. Dzięki temu Scripps był silny.

Scripps miał córkę, na którą w żar­tach mó­wił Lipa O’Neil. Na­prawdę na­zy­wała się Lucy O’Neil. Pew­nej nocy Scripps stra­cił żonę po tym, jak pił z nią na to­rach przez trzy albo cztery dni. Nie wie­dział, gdzie się po­działa. Kiedy do­szedł do sie­bie, wszystko spo­wi­jała ciem­ność. Szedł wzdłuż to­rów w kie­runku mia­sta. Pod­kłady pod jego sto­pami były sztywne i twarde. Pró­bo­wał iść po szy­nach. Nie po­tra­fił. Od razu się zo­rien­to­wał. Wró­cił do mar­szu po pod­kła­dach. Do mia­sta było da­leko. W końcu do­tarł w miej­sce, z któ­rego mógł zo­ba­czyć świa­tła sta­cji roz­rzą­do­wej. Zszedł z to­rów i mi­nął li­ceum w Man­ce­lo­nie. Był to bu­dy­nek z żół­tej ce­gły. Nie miał w so­bie nic z ro­koko, jak te bu­dynki, które wi­dział w Pa­ryżu. Nie, ni­gdy nie był w Pa­ryżu. To nie on. To jego przy­ja­ciel Yogi John­son.

Yogi John­son wy­glą­dał przez okno. Wkrótce na­dej­dzie czas, żeby po­za­my­kać fa­brykę pomp na noc. Ostroż­nie otwo­rzył okno, tylko odro­binę. Tylko odro­binę, ale to wy­star­czyło. Śnieg na placu za­czął top­nieć. Wiała cie­pła bryza. Wiatr chi­nook, jak na­zy­wali go pom­pia­rze. Cie­pły chi­nook wtar­gnął przez okno do fa­bryki. Wszy­scy ro­bot­nicy zło­żyli na­rzę­dzia. Wielu z nich to In­dia­nie.

Bry­ga­dzi­sta był ni­skim męż­czy­zną o że­la­znej szczęce. Kie­dyś wy­brał się aż do Du­luth. Du­luth znaj­do­wało się da­leko za błę­kit­nymi wo­dami je­ziora, na wzgó­rzach Min­ne­soty. Przy­da­rzyła mu się tam cu­downa rzecz.

Bry­ga­dzi­sta wło­żył pa­lec do ust, żeby go zwil­żyć, i uniósł. Po­czuł na nim cie­płą bryzę. Po­trzą­snął głową ze smut­kiem i uśmiech­nął się do męż­czyzn, może na­wet tro­chę po­nuro.

– No cóż, chłopcy, to zwy­kły chi­nook – po­wie­dział.

Ro­bot­nicy, w więk­szo­ści bez słowa, od­wie­sili na­rzę­dzia. Na wpół ukoń­czone pompy po­wę­dro­wały na półki. Męż­czyźni je­den za dru­gim skie­ro­wali się do umy­walni, jedni roz­ma­wiali, inni mil­czeli, kilku mam­ro­tało coś pod no­sem.

Z ze­wnątrz przez okno dał się sły­szeć in­diań­ski okrzyk wo­jenny.

2

Scripps O’Neil stał przed li­ceum w Man­ce­lo­nie i pa­trzył w oświe­tlone okna. Było ciemno i pa­dał śnieg. Pa­dał, od­kąd Scripps pa­mię­tał. Prze­cho­dzień za­trzy­mał się i wle­pił wzrok w Scrip­psa. Ale kimże był dla niego ten czło­wiek? Ru­szył da­lej.

Scripps stał w śniegu i wpa­try­wał się w oświe­tlone okna li­ceum. W środku lu­dzie uczyli się róż­nych rze­czy. Pra­co­wali do póź­nej nocy, chłopcy ry­wa­li­zo­wali z dziew­czę­tami w zdo­by­wa­niu wie­dzy, tej żą­dzy przy­swa­ja­nia rze­czy, która ogar­nęła Ame­rykę. Uczyła się tam jego dziew­czynka, mała Lipa, dziew­czynka, która kosz­to­wała go kon­kretne sie­dem­dzie­siąt pięć do­la­rów, bo tyle po­szło na opła­ce­nie le­ka­rzy. Scripps czuł dumę. Dla niego na na­ukę już było za późno, ale Lipa, dzień po dniu i noc po nocy, się tam uczyła. Ta dziew­czyna coś w so­bie miała.

Scripps po­szedł do domu. Nie był to duży dom, ale dla sta­rej Scrip­psa wiel­kość nie miała zna­cze­nia.

– Scripps – po­wta­rzała czę­sto, gdy pili ra­zem. – Nie chcę pa­łacu. Chcę je­dy­nie miej­sca, w któ­rym nie hula wiatr.

Scripps wie­rzył jej na słowo. Te­raz, gdy szedł póź­nym wie­czo­rem przez śnieg i zo­ba­czył świa­tła wła­snego domu, ucie­szył się, że uwie­rzył jej na słowo. Tak było le­piej, niż gdyby wra­cał do pa­łacu. On, Scripps, nie był ty­pem fa­ceta, który chciał mieć pa­łac.

Otwo­rzył drzwi swo­jego domu i wszedł do środka. Coś tłu­kło mu się po gło­wie. Pró­bo­wał się tego po­zbyć, ale na próżno. Co na­pi­sał ten po­eta, któ­rego jego kum­pel Harry Par­ker spo­tkał kie­dyś w De­troit? Harry czę­sto to re­cy­to­wał: „Przez roz­ko­sze i pa­łace czło­wiek się te­le­pie. Kiedy coś tam, coś tam, lecz w domu naj­le­piej”. Nie pa­mię­tał słów. Nie wszyst­kich. Uło­żył do nich pro­stą me­lo­dię i na­uczył Lucy ją śpie­wać. W cza­sach jego pierw­szego mał­żeń­stwa. Gdyby Scripps miał szansę pójść tą drogą, mógłby zo­stać kom­po­zy­to­rem, jed­nym z tych go­ści, któ­rzy pi­szą rze­czy grane po­tem przez Chi­ca­gow­ską Or­kie­strę Sym­fo­niczną. Dziś wie­czo­rem sprawi, że Lucy za­śpiewa tę pio­senkę. Już ni­gdy nie bę­dzie pił. Pi­cie ode­brało mu słuch mu­zyczny. W cza­sach pi­jań­stwa gwizdy noc­nych po­cią­gów prze­jeż­dża­ją­cych przez pa­górki Boyne Falls wy­da­wały się pięk­niej­sze niż wszystko, co kie­dy­kol­wiek na­pi­sał ten ko­leś Stra­wiń­ski. Pi­cie to spra­wiło. To było złe. Po­wi­nien był uciec do Pa­ryża. Jak ten cały Al­bert Spal­ding, który grał na skrzyp­cach.

Scripps otwo­rzył drzwi. Wszedł.

– Lucy – za­wo­łał – to ja, Scripps.

Już ni­gdy nie bę­dzie pił. Ko­niec z no­cami na to­rach. Może Lucy po­trze­bo­wała no­wego fu­tra. Może mimo wszystko za­miast tego miej­sca chciała mieć pa­łac. Ni­gdy nie wiesz, jak trak­to­wać ko­bietę. Może jed­nak w tym miej­scu hu­lał wiatr. Wspa­niale. Za­pa­lił za­pałkę.

– Lucy! – za­wo­łał, a z jego ust do­była się nuta nie­mego prze­ra­że­nia.

Jego przy­ja­ciel Walt Sim­mons usły­szał kie­dyś wła­śnie taki wizg ogiera, kiedy ude­rzył w niego prze­jeż­dża­jący au­to­bus na placu Ven­dôme w Pa­ryżu. W Pa­ryżu nie było wa­ła­chów. Wszyst­kie ko­nie były ogie­rami. Nie ho­do­wali kla­czy. Nie od wojny. Wojna wszystko zmie­niła.

– Lucy! – za­wo­łał. I jesz­cze raz: – Lucy!

Od­po­wiedź nie na­de­szła. Dom był pu­sty. Gdy Scripps tak stał sa­mot­nie, wy­soki i szczu­pły, we wła­snym opusz­czo­nym domu, do jego uszu przez opró­szane śnie­giem po­wie­trze do­biegł od­le­gły in­diań­ski okrzyk wo­jenny.
(…)

Ernest Hemingway „Wiosenne wody”
Tłumaczenie: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 152

Opis: Pełna humoru satyra jednego z największych amerykańskich pisarzy XX wieku. Północne Michigan. Dwóch pracowników fabryki pomp – weteran pierwszej wojny światowej Yogi Johnson i pisarz Scripps O’Neill – szuka idealnej kobiety, choć każdy na swój sposób. O’Neill wyrusza z rodzinnego miasta i trafia do Petoskey. W tamtejszej jadłodajni zaprzyjaźnia się z kelnerką Dianą i natychmiast prosi ją o rękę. Diana próbuje zaimponować ukochanemu, czytając książki z list „New York Timesa” i modne czasopisma, ale uczucia O’Neilla są płoche i daje się on oczarować innej kelnerce, Mandy, która jak z rękawa sypie literackimi (prawdopodobnie zmyślonymi) anegdotami. Z kolei Yogi Johnson cierpi, ponieważ po powrocie z frontu w ogóle nie pożąda kobiety. Czy w końcu spotka taką, która wyleczy go z impotencji? Wydane po raz pierwszy w 1926 roku „Wiosenne wody” to przezabawna parodia i przejmująca opowieść o niespełnieniu.


Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek