banner ad

Dziewięć historii o niewidzialnych ludziach. Przeczytaj fragment powieści „Niewidzialni” Natalii Delewy

5 lipca 2021

„Niewidzialni” to wielowarstwowy portret ludzi żyjących często na obrzeżach społeczeństwa i postrzeganych przez większość stereotypowo. Natalia Delewa opisuje tych, których państwo bułgarskie porzuciło w czasach komunizmu i pokazuje bolesne następstwa tego w czasach współczesnych. Oddając głos tytułowym niewidzialnym, zaznacza ich obecność wśród nas i przywraca tożsamość. Poniżej możecie przeczytać sam początek książki, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Wyszukanego w przekładzie Hanny Karpińskiej.

Ludzie niewidzialni są wszędzie wokół nas. W tramwaju, na ulicy, w bloku, w sklepie, w szkole, w pracy, niezbyt często w nocnych klubach, ale tam również można ich czasem spotkać. Rozpływają się w tłumie i patrzą na otaczających ich ludzi smutnymi, niewidzialnymi oczami. Ponieważ są niewidzialni, nikt ich nie zauważa.

* * *

– No proszę, kup mi loda!

– Mówiłam ci, że nie.

– Dlaczego?

– Bo tak.

– Ale ja chcę.

– Proszę cię, przestań tupać.

– Dlaczego?

– Dlatego, że to niegrzecznie, a poza tym tupaniem nic nie wskórasz.

– Nie to. Dlaczego mi nie kupisz loda.

– Mówiłam ci, że nie można codziennie jeść lodów; od tego może cię rozboleć gardło.

– Ale ty sobie kupujesz codziennie lody, sama widziałam.

– Nic podobnego. Poza tym ja jestem dorosła.

– No to co?

– Dorośli mogą sami o sobie decydować.

– Dlaczego?

– Dlatego, że są… dorośli. Wiedzą, co jest słuszne, a co nie jest.

– A ty zawsze wiesz, co jest słuszne?

– Raczej tak. Przynajmniej mam taką nadzieję.

– Dla mnie też?

– Co dla ciebie?

– Czy dla mnie też wiesz, co jest słuszne?

– Dla ciebie na pewno.

– Mamo…

– Tak?

– Ty mi nie kupujesz lodów, bo jestem gruba, tak?

– No wiesz, skąd ci to przyszło do głowy?

– Tu nie ma nic do wymyślania, jestem gruba i już!

– Kto to mówi?

– Wszyscy.

– Jacy wszyscy?

– No wszyscy w szkole, dzieci na podwórku… Wszyscy.

– Nie słuchaj ich!

– Kiedy ja naprawdę jestem gruba. I nikt nie chce się ze mną bawić. Ani rozmawiać. W ogóle jakby nikt mnie nie widział.

– Jak to nikt? Przecież masz koleżanki? Megi?

– Magi. Ona też już ze mną nie rozmawia.

– Dlaczego?

– Dlatego, że jestem gruba. I jeszcze… dlatego, że jej zjadłam kanapkę.

– Czemu jej zjadłaś kanapkę?

– Czemu! Bo byłam głodna. Bałam się klasówki z matematyki, a kiedy się czegoś boję, to zaraz mi się chce jeść. A Magi zostawiła kanapkę w plecaku i to tak, że było ją widać. Na pewno to zrobiła naumyślnie. A ja… chciałam tylko spróbować, ugryźć malutki kęsik… ale… była pyszna, a zaraz miała być ta klasówka… coraz bardziej się bałam i… kanapka się skończyła. Magi, kiedy to zobaczyła, zaczęła na mnie krzyczeć przy całej klasie. Przeprosiłam ją, ale… przestała się do mnie odzywać.

– Posłuchaj, słoneczko. Wiesz, że tak nie należy robić. Cudzych rzeczy nie wolno ruszać bez pozwolenia, prawda? To się nazywa kradzież i za to jest kara.

– Wiem, ale… No dobrze, już nie będę.

….

– Mamo?

– Tak?

– Dlaczego ja jestem gruba?

– Co za pytanie!

– Chcę wiedzieć. Powiedz mi, dlaczego jestem gruba?

– Och, słoneczko… Czy ja wiem? Geny.

– Ale ty nie jesteś gruba.

– No i?

– To może… czy mój tata był gruby?

– Skąd ci przyszedł do głowy tata!

– Ale powiedz!

– Żeby zaraz gruby. Raczej dobrze zbudowany. I wysoki.

– A czy był przystojny?

– Skończmy z tym tematem, dobrze?

– Ale powiedz mi, mamo. Czy ja go kiedyś widziałam?

– Nie.

– Dlaczego?

– Dlatego, że ja sama go od tego czasu nie widziałam.

– Od kiedy się zdarzyła ta katastrofa?

– Czemu tak mówisz?!

– To ty tak mówisz. Słyszałam, jak kiedyś rozmawiałaś z ciocią Tanią.

– Posłuchaj mnie uważnie, słoneczko. Jeśli twoje pojawienie się można w ogóle nazwać katastrofą, to była to naj-, najwspanialsza katastrofa na całym świecie i jestem przeszczęśliwa, że mi się zdarzyła. Że ty mi się zdarzyłaś. Rozumiesz?

– Rozumiem. Ale…

– Co ale?

– To teraz kupisz mi loda?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo tak.

– Iiii…

– I dlatego, że cię kocham.

Tym dzieckiem byłam ja.

Ale mojej mamy w tej rozmowie na temat lodów nie było. Zarówno mama, jak i lody zostały przeze mnie wymyślone. Po prostu chciałam, żeby tak było – iść koło miłej, uśmiechniętej mamy, czuć jej rękę obejmującą moją, wiedzieć, że cokolwiek zrobię, będzie mnie kochać bezapelacyjnie i bezwarunkowo tylko za to, że istnieję, i z dziecinnym uporem domagać się lodów. I nie żeby mi się tych lodów nagle tak bardzo zachciało, tylko po prostu spodobała mi się myśl o tym, że jestem małą rozgrymaszoną i naprzykrzającą się dziewczynką, taką, jakie często widywałam na ulicach.

Chciałam jednym podskokiem znaleźć się w tym świątecznym, wspaniale namalowanym w mojej wyobraźni obrazie przedstawiającym wciąż czegoś żądające dzieci i ich niby to surowe, ale na końcu zawsze ustępujące matki, jak idą ulicami prowadzącymi do parków, parków z ogromnymi, roztapiającymi się porcjami czekoladowych, truskawkowych i waniliowych lodów, z rozszczekanymi yorkami, których wyfiokowane właścicielki raz po raz szarpią za smycze, ze sprzedawcami szeleszczących balonów z helem ozdobionych wizerunkami Myszki Miki i Kubusia Puchatka. Chciałam narysować także siebie na tym obrazie pełnym waty cukrowej i płaczących niemowląt, niewzruszenie kołysanych przez matki pełne bezwarunkowej miłości do tych zasmarkanych, rozdzierających swoim krzykiem sobotnie popołudnie istot.

Ale mnie tam nie było. Ten obraz wisiał bardzo wysoko na ścianie na starym zardzewiałym gwoździu, kuszący i nieosiągalny. Malowałam marzeniami swoją czułą i zawsze kochającą mamę, malowałam ją i uśmiechniętą, i rozgniewaną, i pogodną, i zmęczoną, i karcącą, i kojącą. Moją mamę. Tworzyłam tę mamę w swojej kruchej siedmioletniej wyobraźni i nigdy nie udawało mi się zrozumieć, jak matka może tak bezapelacyjnie i bezwarunkowo kochać swoje dziecko tylko dlatego, że istnieje.

Moja mama też istnieje. Tak, istnieje. Z całą pewnością gdzieś istnieje, w jakimś cudzym obrazie, który ktoś ostrożnie zdejmuje ze ściany i wszystkie przedstawione na nim dzieci, lody, długowłose yorki, balony, matki i waty cukrowe ożywają. W każde sobotnie popołudnie. Albo prawie w każde. Ale mama, moja mama wbrew swojej bezapelacyjnej i bezwarunkowej miłości usunęła mnie z tej akwareli. Stało się to w dniu, w którym obce ręce wydarły mnie z jej brzucha, a ona w tej samej chwili wydarła swoją miłość do mnie.

I odeszła.

A ja zostałam tam, w szpitalnym plastikowym łóżeczku, rozdzierając swoimi ledwie otwartymi do życia płucami sterylną szpitalną ciszę, boleśnie wdychając samotność, kładącą się właśnie wtedy piętnem na moim istnieniu, boleśnie wdychając niewiedzę na temat tej bezapelacyjnie i bezwarunkowo kochającej swoje dziecko matki, która odeszła w dniu, w którym się pojawiłam. Która stopiła się jak lody w upalny letni dzień.

I wtedy zaczęłam wymyślać swoje życie z nią.

Moje pierwsze świadome wspomnienie: siedzę na podłodze w niezbyt dużym, mrocznym pokoju, pachnie jednocześnie kurzem i pleśnią, naokoło mnie dzieci mniej więcej w tym samym wieku i nieco starsze kotłują się, popychają i krzyczą; posuwając się na czworakach docieram do kąta i zwijam się tam jak ślimak, przyciskając podbródek do kolan. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że znikam, że staję się niewidzialna i obserwuję cały ten zgiełk, nie będąc widziana przez innych. Miałam może trzy albo cztery lata. W tym momencie zapragnęłam dla siebie czegoś, z czego nieuchronności i wagi nie zdawałam sobie sprawy. Później miałam sama się oskarżać i szukać w sobie winy za to, co mnie spotyka, za to, że sama wybrałam sobie właśnie takie, a nie inne życie. I mogło się okazać, że miałam rację.

Czasami przychodziły nowe mamy, żeby wybrać któreś z nas. To były szczególne dni – zarówno dla mam i dla nas, jak i dla wychowawczyń w bidulu. Od świtu nas kąpały, ubierały w świeże ubrania, maluchom zmieniały pampersy, przecierały na mokro podłogę w pokoju, w którym się bawiliśmy, i sprzątały rozrzucone zabawki. Jednym słowem święto. Coś w rodzaju dnia dziecka, który u nas wypadał kilka razy w roku. Ale mieliśmy szczęście!

Niecierpliwie zaglądaliśmy do gabinetu dyrektorki i widzieliśmy, jak teczki z naszymi historiami coraz wyżej piętrzą się na jej wielkim biurku, które mimo swoich rozmiarów i tak było za małe, by je wszystkie zmieścić.

Potem przychodziły mamy razem z tatami. Otwierali drzwi naszego mrocznego pokoju, pachnącego pleśnią i brudnymi pieluszkami, i nagle na zabawki i na nas samych spadało lato – uśmiechnięte, zakurzone, zdyszane i lepkie. Od upału kręciło się w głowach i każde z nas było rozdarte między porywem rzucenia się do mamy z rozszlochanym błaganiem, by wzięła właśnie jego, a trwaniem w karbach powściągliwej uprzejmości, której uczyły nas wychowawczynie jako zwiększającej szanse wyboru. W rezultacie sterczeliśmy na swoich miejscach nieruchomo jak kamienne krzyże na starym cmentarzu i czekaliśmy. Wszystko toczyło się jakby w zwolnionym filmie i ciszę naruszało tylko brzęczenie kilku much nad stojącym w kącie nocnikiem.

Pierwsza podchodziła do nas matka; ojciec zwykle pozostawał pod ścianą i tłamsił spocone dłonie. Matka. To ona miała wybierać. Kobieta niezdolna do zostania matką przyszła tutaj, by wziąć jedno z nas i zaprowadzić do swojego świata. Reguła matrioszek – każda ma w sobie następną, dziewczyna zostaje matką i rodzi dziewczynkę, która dorasta i rodzi dziewczynkę, która rodzi dziewczynkę, która rodzi. Nigdy nieprzerwana nić odtwarzania rodu. Zastanawiam się, czy matki przychodzą do bidula, by uratować jedno z nas, czy też szukają ratunku dla siebie.

Matka jako pierwsza zdobywała się na to, by zwrócić uwagę na nasze błagalne spojrzenia, i oczy jej wilgotniały. Powoli przemierzała pomieszczenia, od czasu do czasu głaskała czyjąś potarganą głowę i przyjemny świeży powiew ożywiał zastygłe powietrze. Dostawaliśmy w prezencie odrobinę czułości od nieznajomej, obcej mamy i pochłanialiśmy ją łapczywie jak kawałek tortu z karmelową polewą.

Potem matka i dyrektorka o czymś rozmawiały w gabinecie, przeglądały zakurzone teczki zgromadzone na wielkim biurku, którego cały ciężar spadał na nasze głowy i rozbijał nasze nadzieje jak puste skorupki orzechów.
(…)

Natalia Delewa „Niewidzialni”
tłumaczenie: Hanna Karpińska
wydawnictwo: Wyszukane
liczba stron: 184

Opis: Niewidzialni ludzie mają imiona, głos i tożsamość. Żyją obok nas. Wszędzie. Młoda kobieta, wychowana w domu dziecka, próbuje uporać się z traumami dzieciństwa. Romski chłopiec pragnie uratować swoją umierającą matkę. Niegdyś sławna baletnica, dziś – zapomniana przez świat kociara. Syryjska rodzina w obozie dla uchodźców walcząca o przetrwanie. Dziewięć historii poruszających kwestie nierówności społecznej, niepełnosprawności fizycznej, queer, ubóstwa, wykorzystywania seksualnego i dyskryminacji. Powieść wyróżniona w Bułgarii nagrodą „Debiut” 2018.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek