banner ad

„Córka króla moczarów” Karen Dionne – przeczytaj fragment thrillera psychologicznego nawiązującego do baśni Andersena

11 października 2017


11 października na półki księgarń trafiła powieść „Córka króla moczarów” amerykańskiej pisarski Karen Dionne. Zgodnie z zapowiedziami wydawcy jest to thriller psychologiczny, który może spodobać się miłośnikom „Pokoju” Emmy Donoghue.

Główną bohaterką powieści jest Helena Pelletier, która dorastała w całkowitym odosobnieniu, w domku na trzęsawiskach na Górnym Półwyspie w amerykańskim stanie Michigan. Jej idolem i niedoścignionym wzorem był ojciec. Z czasem jednak dziewczyna zaczęła pojmować, że z matką są w rzeczywistości więzione, sama zaś jest dzieckiem powstałym ze związku porwanej i napawającego lękiem porywacza. W końcu udaje się wtrącić ojca do więzienia. Kiedy ten po latach ucieka, dorosła już Helen postanawia stawić mu czoło. Musi wytropić go, zanim on wytropi ją i jej dzieci. „Nie myślcie sobie, że wiecie, jak rozegra się ich walka, zawierzcie Dionne, która przez wszystkie strony powieści doskonale kontroluje zaskakującą narrację i wasze mocno bijące serca” – pisze amerykańska pisarka i dziennikarka Jacquelyn Mitchard.

W latach 70. ubiegłego wieku autorka powieści, Karen Dionne, wraz z mężem i maleńką córeczką zamieszkali na terenach Górnego Półwyspu w amerykańskim stanie Michigan, wybierając ciszę, spokój i odosobnienie. Przez pewien czas żyli na łonie natury, budując drewniany dom, czerpiąc wodę ze strumienia i korzystając z dobrodziejstw lasu. Z główną bohaterką swojej powieści autorka dzieli umiłowanie przyrody i umiejętność tropienia zwierząt. Tereny Półwyspu rodzina Dionne opuściła trzy dekady później, przenosząc się do Detroit, ale lata spędzone w domku na bagnach zostawiły w duszy pisarki niezatarty ślad.

Powieść wyraźnie nawiązuje do jednej z baśni Hansa Christiana Andersena ? „Córki króla moczarów”, gdzie główna bohaterka jest owocem związku egipskiej księżniczki i złego króla moczarów. W konsekwencji za dnia przywdziewa śliczną postać o zatrutym sercu, podczas gdy nocą jest brzydką żabą o łagodnym usposobieniu. Tak też symbolicznie można postrzegać powieściową „Córkę króla moczarów”, która stanowi połączenie psychopaty i niewinnej kobiety; w połowie jest dobra, w połowie zła. „Co rusz prześladują nas historie dziewczyn przetrzymywanych wbrew swojej woli przez zwyrodnialców” ? pisze Jacquelyn Mitchard. „Zastanawiamy się, czy ratunek przyszedł na czas, by ocalić ich ciała i dusze. Co pamiętają? A jeśli pamiętają wszystko, to czy nocą nawiedzają je koszmary?”.

Powieść „Córka króla moczarów” ukazała się już w 10 krajach, a wkrótce zostanie przetłumaczona i wydana w kolejnych kilkunastu językach. Poniżej możecie przeczytać fragment książki, która ukazała się w przekładzie Małgorzaty Hesko-Kołodzińskiej i Piotra Budkiewicza.

HELENA

Gdybym wyjawiła wam nazwisko matki, natychmiast byście je rozpoznali. Moja matka była sławna, choć wcale tego nie pragnęła. Nikt nie życzyłby sobie tego rodzaju sławy, jakiej zaznały Jaycee Dugard, Amanda Berry, Elizabeth Smart. Wspominam je, choć matka nie była żadną z nich.

Rozpoznalibyście jej nazwisko, gdybym je wam zdradziła, a potem zaczęlibyście się zastanawiać ? zaledwie przez chwilę, bo czasy, kiedy ludzie interesowali się moją matką, dawno przeminęły ? gdzie matka jest teraz. Czy po zaginięciu przypadkiem nie urodziła córki? Co się stało z tamtą dziewczynką?

Mogłabym wam powiedzieć, że miałam dwanaście lat, a moja matka dwadzieścia osiem, kiedy uwolniono nas z rąk jej porywacza, i że spędziłam te lata na, jak to opisały gazety, zrujnowanej farmie otoczonej mokradłami w środkowej części Górnego Półwyspu w stanie Michigan. Umiejętność czytania zawdzięczam stosikowi czasopism „National Geographic” z lat pięćdziesiątych i pożółkłemu zbiorkowi wierszy Roberta Frosta. Nie chodziłam do szkoły, nigdy nie jeździłam na rowerze, nie wiedziałam, czym są prąd i bieżąca woda. Przez dwanaście lat rozmawiałam tylko z matką i ojcem i nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że obie jesteśmy jego więźniarkami, dopóki nie znalazłyśmy się na wolności.

Mogłabym dodać, że matka zmarła dwa lata temu. Choć odnotowano ten fakt w mediach, zapewne nie zwróciliście na niego uwagi, bo gdy to się stało, na świecie działy się znacznie bardziej interesujące rzeczy. Mogę powiedzieć wam to, czego nie dowiedzieliście się z gazet: że nigdy nie doszła do siebie po latach niewoli, że nie była ładną, elokwentną i zdeklarowaną rzeczniczką swojej sprawy. Mojej skromnej, trzymającej się na uboczu matce, która stała się wrakiem człowieka, nie zaproponowano napisania książki ani zdjęcia na okładce tygodnika „Time”. Unikała zainteresowania tak, jak liście mimozy dotyku.

Nie zdradzę wam jednak, jak się nazywała. To nie jest opowieść o niej, tylko o mnie.

1

? Czekaj tu ? mówię do swojej trzylatki.

Wsuwam rękę przez otwarte okno pikapa, żeby wyszperać między dziecięcym fotelikiem a drzwiami pasażera plastikowy kubek niekapek z ciepławym sokiem pomarańczowym. Moja córka cisnęła go tam w przypływie frustracji.

? Mamusia zaraz wróci ? dodaję.

Jak piesek Pawłowa, Mari sięga po kubek. Jej oczy zachodzą łzami, wydyma dolną wargę. Rozumiem ją, jest zmęczona. Ja też.

? Eeh, eeh, eeh ? stęka, kiedy odchodzę.

Wygina grzbiet i mocuje się z pasem, jakby to był kaftan bezpieczeństwa.

? Siedź spokojnie, zaraz wracam.

Mrużę oczy i grożę jej palcem. Musi zrozumieć, że to nie żarty. Potem przechodzę za samochód i macham do chłopaka ustawiającego towar na rampie przeładunkowej przy magazynie sklepu Markham. Chyba ma na imię Jason. Opuszczam tylną klapę bagażnika i sięgam po pierwsze dwa pudła.

? Dzień dobry, pani Pelletier! ? Jason macha dwa razy bardziej entuzjastycznie niż ja.

Unoszę dłoń i jesteśmy kwita. Już go nie proszę, żeby mówił mi po imieniu.

Ze środka auta słychać walenie ? łup, łup, łup. To Mari tłucze kubkiem o występ pod oknem. Domyślam się, że już wszystko wypiła. W odpowiedzi uderzam dłonią o podłogę platformy bagażowej ? bum, bum, bum ? a Mari podskakuje i się odwraca. Cienkie dziecięce włosy kołyszą się niczym włókna kukurydzy nad jej twarzą. Rzucam jej spojrzenie, które mówi: „Przestań, jeśli nie chcesz wpakować się w kłopoty”, a potem dźwigam pudła i stawiam je sobie na ramieniu. Stephen i ja mamy brązowe włosy i oczy, podobnie jak nasza pięciolatka Iris, więc zdumiewało go to niezwykłe złociste dziecko, które stworzyliśmy, dopóki nie usłyszał ode mnie, że moja matka była blondynką. Niczego więcej o niej nie wie.

Sklep spożywczy Markham to przedostatnie miejsce dostawy z czterech i główny odbiorca moich dżemów, nie licząc zamówień, które przyjmuję przez internet. Turystom robiącym zakupy w Markham podoba się, że moje wyroby są miejscowe. Podobno wielu klientów kupuje po kilka słoików, na pamiątkę i na prezent. Układam na nakrętkach kółka wycięte z tkaniny w kratkę i obwiązuję słoiki rzeźniczym sznurkiem, a potem oznaczam je kolorami, zależnie od zawartości: czerwony dla dżemu malinowego, fioletowy dla dżemu z czarnego bzu, niebieski dla borówkowego, zielony dla pałkowo-borówkowego, żółty dla mniszkowego, różowy dla dżemu z dzikich jabłek i owoców czeremchy wirginijskiej. Wiadomo, o co chodzi. Moim zdaniem wygląda to głupawo, ale ludziom się chyba podoba, a jeśli mam sobie poradzić na terenie tak słabym gospodarczo jak Górny Półwysep, muszę dawać klientom to, czego chcą. Żadna filozofia.

Mogłabym wykorzystać mnóstwo dzikich roślin, i to na rozmaite sposoby, ale na razie ograniczam się do dżemów. W każdym biznesie trzeba się na czymś skupić. Moje logo to rysunek pałki wodnej, umieszczam go na wszystkich etykietach. Jestem prawie pewna, że nikt poza mną, wyrabiając dżem, nie miesza mielonego korzenia pałki z borówkami. Niewiele jej dodaję, wyłącznie tyle, by móc użyć słowa pałka w nazwie. Kiedy dorastałam, młode pędy pałki były moim ulubionym warzywem. Nadal są. Każdej wiosny wrzucam wadery i wiklinowy koszyk na tył pikapa i ruszam na południe, w kierunku bagien. Stephen i dziewczynki za nic nie tkną pałek, ale Stephenowi nie przeszkadza, że je przyrządzam, pod warunkiem że nikogo nimi nie częstuję. Wystarczy pogotować czubki przez kilka minut w solonej wodzie, żeby uzyskać wyjątkowo delikatny przysmak. Pałki mają nieco suchą i mączystą konsystencję, więc teraz jadam je z masłem, ale oczywiście w dzieciństwie nie znałam jego smaku.

Borówki zrywam na terenach po wyrębie, też na południe od naszego domu. Niektóre lata są bardziej urodzajne niż inne. Borówki przepadają za słońcem, więc dawniej Indianie wypalali podszycie, żeby zwiększyć zbiory. Przyznam, że też miałam taką pokusę. Nie tylko ja wychodzę na równiny podczas sezonu borówkowego, więc ludzie stosunkowo szybko pustoszą tereny położone najbliżej starych dróg dojazdowych dla drwali. Często schodzę z utartej ścieżki i nigdy się nie gubię. Kiedyś dotarłam na kompletne odludzie, gdzie wypatrzyli mnie i zatrzymali strażnicy w helikopterze departamentu zasobów naturalnych. Gdy ich przekonałam, że wiem, gdzie jestem i co robię, dali mi spokój.

? Straszny upał, co? ? pyta Jason i zdejmuje pierwsze pudło z mojego ramienia.

W odpowiedzi tylko pomrukuję. Kiedyś nie miałabym pojęcia, jak zareagować na takie pytanie. Moja opinia na temat pogody niczego nie zmieni, więc dlaczego interesuje go, co myślę? Teraz wiem, że nie muszę odpowiadać, bo to przykład tego, co Stephen nazywa „pogawędką”, rozmową dla samej rozmowy, zapchajdziurą, podczas której z założenia nie przekazuje się istotnych informacji. Tak właśnie porozumiewają się prawie obcy sobie ludzie. Nadal nie rozumiem, w czym to jest lepsze od milczenia.

Jason się śmieje, jakbym opowiedziała dowcip dnia. Stephen twierdzi, że to stosowna reakcja, choć nie mówiłam nic zabawnego. Po opuszczeniu bagien naprawdę męczyłam się z nieznajomością konwenansów. Podawaj rękę, gdy kogoś spotykasz. Nie dłub w nosie. Stań w rzędzie. Czekaj na swoją kolej. Podnieś rękę, jeśli chcesz zadać pytanie w klasie, a potem czekaj, aż nauczyciel pozwoli ci zabrać głos. Nie bekaj i nie puszczaj bąków przy ludziach. W gościnie przed skorzystaniem z łazienki zapytaj o pozwolenie. Pamiętaj o myciu rąk i spuszczaniu wody. Nie macie pojęcia, jak często czułam, że wszyscy poza mną wiedzą, jak się zachowywać. Kto ustala te zasady? Dlaczego muszę się do nich stosować? Jakie poniosę konsekwencje, jeśli tego nie zrobię?

Stawiam drugie pudło na rampie i wracam do pikapa po ostatnie. Trzy pudła po dwadzieścia cztery słoiki, czyli razem siedemdziesiąt dwa słoiki, które dostarczam co drugi tydzień w czerwcu, lipcu i sierpniu do magazynu. Mój zysk na każdym pudle to 59 dolarów i 88 centów, co oznacza, że przez lato tylko w Markham zarabiam ponad tysiąc dolarów. Nie najgorzej.

Wiem, co pomyśleliby ludzie, widząc, że podczas rozładunku zostawiam Mari samą w pikapie, i to jeszcze przy opuszczonych szybach. Nie zamierzam jednak ich zamykać. Parkuję pod sosną, od zatoki wieje lekki wiatr, ale przez cały dzień temperatura przekraczała trzydzieści stopni Celsjusza, a jestem świadoma, jak szybko zamknięte auto zamienia się w piekarnik.

Zdaję sobie sprawę również z tego, że ktoś bez trudu mógłby sięgnąć przez otwarte okno i wyciągnąć Mari. Wiele lat temu podjęłam jednak decyzję, że nie wychowam swoich córek w strachu przed tym, co przydarzyło się mojej matce.

Jeszcze jedno słowo na ten temat i kończę. Gwarantuję, że jeżeli ktoś ma problem z tym, jak wychowuję córki, nigdy nie mieszkał na Górnym Półwyspie w stanie Michigan. To wszystko.

W pikapie nie widzę Mari, specjalistki od ucieczek. Podchodzę do okna od strony pasażera i zaglądam do środka auta. Mała siedzi na podłodze, przeżuwając znalezione pod fotelem opakowanie po cukierku, jakby to była guma. Otwieram drzwi, wyciągam celofan z jej ust i wpycham do kieszeni, po czym wycieram palce o dżinsy i zapinam pas córce. Do samochodu wpada motyl i ląduje na czymś lepkim na desce rozdzielczej. Mari klaszcze w dłonie i wybucha radosnym śmiechem. Uśmiecham się, nie mogę się powstrzymać. Jej śmiech jest cudowny, gardłowy, spontaniczny, i nigdy mi się nie znudzi. Kojarzy się z filmikami z YouTube?a, na których maluchy śmieją się bez opamiętania z czegoś kompletnie błahego, jak skaczący pies albo człowiek drący kawałki papieru. Śmiech Mari jest właśnie taki. Mari to rozmigotana woda, złocisty promyk, kwakanie kaczek karolinek pod chmurami.

Odpędzam motyla i uruchamiam silnik. Autobus Iris podjeżdża pod nasz dom za piętnaście piąta. Zazwyczaj Stephen pilnuje dziewczynek, kiedy zajmuję się dostawami, ale dzisiaj wróci dopiero późnym wieczorem, bo pokazuje nowy zestaw zdjęć latarni morskiej właścicielowi galerii, który sprzedaje jego fotografie w Soo, czyli w Sault Sainte Marie ? wymawia się to „Soo”, a nie „Sault”, jak mówią ludzie, którzy nie mają o tym pojęcia ? drugim co do wielkości mieście na Górnym Półwyspie, co zresztą nie stanowi wielkiego powodu do dumy. Siostrzane miasto po kanadyjskiej stronie jest znacznie większe. Miejscowi po obu stronach rzeki Saint Mary?s nazywają swoje miasto „The Soo”. Ludzie ściągają z całego świata, żeby zobaczyć śluzy w Soo i przyjrzeć się, jak przepływają tędy gigantyczne masowce z rudą żelaza. To wielka atrakcja turystyczna.

Dostarczam ostatnie pudło z asortymentem dżemów do sklepu z pamiątkami Gitche Gumee Agate and History Museum, po czym jadę nad jezioro i parkuję. Na widok wody Mari macha rękami i krzyczy: „Ła-ła, ła-ła”. Wiem, że w tym wieku powinna już mówić całymi zdaniami. W zeszłym roku raz w miesiącu zabieraliśmy ją do psychologa rozwojowego w Marquette, ale jak dotąd „ła-ła-ła” to szczyt osiągnięć Mari.

Następną godzinę spędzamy na plaży. Mari siedzi obok mnie na ciepłym żwirze, próbując uśmierzyć ból dziąsła spowodowany wyrzynającym się trzonowcem. Gryzie kawałek przyniesionego przez morze drewna, które opłukałam w jeziorze. Powietrze jest parne i nieruchome, jezioro spokojne, fale chlupoczą cicho jak woda w wannie. Po jakimś czasie zdejmujemy sandały, brodzimy w wodzie i dla ochłody ochlapujemy się nawzajem. Jezioro Górne to największe i najgłębsze z Wielkich Jezior, więc woda w nim nigdy się nie rozgrzewa, ale po co komu ciepła woda w taki dzień jak dzisiaj?

Odchylam się i opieram na łokciach. Kamienie są ciepłe. Przez tę pogodę aż trudno uwierzyć, że kiedy Stephen i ja przywieźliśmy tu Iris i Mari parę tygodni temu, żeby oglądać deszcz Perseidów, potrzebowaliśmy śpiwora i kurtek. Stephen uznał, że przesadzam, gdy pakowałam je do jeepa cherokee, ale oczywiście nie miał pojęcia, jak zimno robi się nad jeziorem po zachodzie słońca. Wszyscy czworo wcisnęliśmy się do podwójnego śpiwora i leżeliśmy na plecach, patrząc w niebo. Iris naliczyła dwadzieścia trzy spadające gwiazdy i przy każdej czegoś sobie życzyła, a Mari przespała niemal cały pokaz. Za parę tygodni wybierzemy się tu obserwować zorzę.

Siadam i sprawdzam, która godzina. Nadal trudno mi znaleźć się w konkretnym miejscu o wyznaczonej porze. Kiedy dorasta się wśród natury, to ona dyktuje, co się robi i kiedy. Nie mieliśmy zegara, bo i po co? Dostroiliśmy się do otoczenia, jak ptaki, owady i zwierzęta, rządził nami ten sam dobowy rytm. Moje wspomnienia są związane z porami roku. Nie zawsze pamiętam, ile miałam lat, kiedy działa się dana rzecz, ale mam przed oczyma, jaka to była pora roku.

Teraz wiem, że dla większości ludzi rok kalendarzowy zaczyna się pierwszego stycznia. Na mokradłach nic nie odróżniało stycznia od grudnia ani od lutego czy marca. Nasz rok zaczynał się wiosną, pierwszego dnia, gdy zakwitały błotne kaczeńce. Kaczeńce to spore krzaczaste rośliny pokryte setkami jaskrawożółtych kwiatów. Wiosną kwitną też na przykład kosaciec różnobarwny czy trawy, ale błotne kaczeńce rosną tak bujnie, że nic się nie da porównać z ich imponującym żółtym dywanem. Mój ojciec co roku wkładał wadery, wychodził na błota i wykopywał jeden krzaczek. Wkładał go do starego ocynkowanego cebra, do połowy wypełnionego wodą, i ustawiał na werandzie z tyłu domu, gdzie roślina promieniała jak słońce.

Kiedyś chciałam mieć na imię Marigold, tak brzmi angielska nazwa błotnego kaczeńca. Padło jednak na Helenę i teraz często muszę wyjaśniać, że wymawia się to „Helejna”. Podobnie jak w wielu innych kwestiach, to była decyzja ojca.

Niebo przybiera późnopopołudniową barwę, co oznacza, że na nas pora. Sprawdzam, która godzina, i ku swojemu przerażeniu uświadamiam sobie, że mój wewnętrzny zegar nie dotrzymuje kroku zegarkowi. Chwytam Mari i nasze sandały, biegnę do samochodu. Mari piszczy, kiedy przypinam ją pasem. Rozumiem ją, też chciałabym zostać tu dłużej. W pośpiechu siadam za kierownicą i przekręcam kluczyk. Zegar na tablicy rozdzielczej wskazuje szesnastą trzydzieści siedem. Może uda mi się dojechać w ostatniej chwili.

Wyjeżdżam z parkingu i kieruję się na południe drogą M-77, najszybciej jak mogę sobie na to pozwolić. W okolicy nie ma zbyt wielu radiowozów, a policjanci na patrolach poza wlepianiem mandatów za przekroczenie prędkości nie mają dużo pracy. Dostrzegam ironię sytuacji. Śpieszę się, bo jestem spóźniona, a jeśli zatrzymają mnie za pośpiech, spóźnię się jeszcze bardziej.

Podczas jazdy Mari coraz bardziej się rozwściecza. Wierzga nogami, a piasek z jej stóp rozsypuje się po całym samochodzie. Kubek niekapek odbija się od przedniej szyby, z nosa mojej córki wypływają smarki. Panna Marigold Pelletier zdecydowanie nie jest szczęśliwa. Ja też nie jestem.

Nastawiam radio na publiczną rozgłośnię Northern Michigan University w Marquette w nadziei, że muzyka zainteresuje Mari albo ją uśpi. Nie jestem wielbicielką klasycznych utworów, ale tylko tę stację dobrze słychać.

Zamiast muzyki właśnie nadają wiadomości.

?więzień, porywacz dziecka? zbiegł? Marquette?

? Cicho! ? krzyczę i podkręcam głośność.

Rezerwat przyrody w Seney? uzbrojony i niebezpieczny? nie zbliżać się?

Początkowo nie udaje mi się usłyszeć niczego więcej, ale muszę wiedzieć. Rezerwat jest niespełna pięćdziesiąt kilometrów od naszego domu.

? Mari, dość!

Mari mruga i milknie. Wysłuchuję powtórki komunikatu.

Uwaga, powtarzam. Policja stanowa donosi, że więzień odbywający karę dożywotniego pozbawienia wolności bez prawa do przedterminowego zwolnienia, skazany za porwanie dziecka, gwałt i morderstwo, zbiegł dziś krótko po godzinie szesnastej podczas transportu z więzienia o zaostrzonym rygorze w Marquette w stanie Michigan. Uciekinier jest podejrzany o zabicie dwóch eskortujących go strażników. Prawdopodobnie przebywa obecnie na terenie rezerwatu przyrody w Seney na południe od drogi M-28. Zbieg jest uzbrojony i niebezpieczny. Pod żadnym pozorem, powtarzam, pod żadnym pozorem nie wolno się do niego zbliżać. Ktokolwiek zauważy coś podejrzanego, proszony jest o natychmiastowe powiadomienie organów ścigania. Więzień Jacob Holbrook jest winny porwania młodej dziewczyny i przetrzymywania jej w niewoli przez czternaście lat. Ta głośna sprawa odbiła się szerokim echem po całym kraju?

Moje serce przestaje bić. Nic nie widzę, nie mogę oddychać. Nie słyszę niczego poza pulsowaniem krwi w uszach. Zwalniam i ostrożnie zjeżdżam na pobocze. Trzęsącą się ręką wyłączam radio.

Jacob Holbrook uciekł z więzienia. Król Moczarów. Mój ojciec.

A to właśnie ja wpakowałam go za kraty.
(…)

Karen Dionne „Córka króla moczarów”
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 336

Opis: Helena Pelletier potrafi polować na zwierzęta i wytropić każdy ślad. Nauczyła się tego od ojca, z którym dorastała w całkowitym odosobnieniu w domku na trzęsawiskach. Mężczyzna był jej bohaterem, wzorem do naśladowania i idolem ? do czasu, gdy zaczęła sobie uświadamiać, że obie z matką są na bagnach więzione, a ojciec kontroluje całe ich życie. Teraz, piętnaście lat później ojciec ucieka z pilnie strzeżonego więzienia i ukrywa się gdzieś pośród moczarów. Helena ma jedno zadanie: dopaść ojca, zanim on dopadnie ją.

Tagi: , , , ,

Kategoria: fragmenty książek