banner ad

Co zabiło Zazę? Sylvie Le Bon de Beauvoir odsłania okoliczności powstania powieści „Nierozłączne” Simone de Beauvoir

14 maja 2022

Wydawnictwo Marginesy opublikowało nieznaną powieść Simone de Beauvoir, która ujrzała światło dzienne ponad pół wieku po napisaniu. W „Nierozłącznych” pisarka opowiedziała o swojej zażyłej relacji ze szkolną koleżanką. Znajomość z Élisabeth Lacoin zwaną Zazą miała niebagatelny wpływ na życie Simone de Beauvoir. Co łączyło młode dziewczyny? Dlaczego śmierć Zazy miała według autorki również pozamedyczną przyczynę? Polecamy lekturę wprowadzenia do książki, które napisała Sylvie Le Bon de Beauvoir, duchowa córka pisarki (oficjalnie została przez Simone adoptowana po to, by móc zarządzać spuścizną po niej). Książka w przekładzie Reginy Gromackiej jest już dostępna w księgarniach.

Sylvie Le Bon de Beauvoir

Wstęp

Obok dziewięcioletniej Simone de Beauvoir, uczennicy katolickiej szkoły Adeliny Desir, zajmuje miejsce krótko ostrzyżona brunetka, Élisabeth Lacoin, zwana Zazą, starsza od niej o kilka dni. Naturalna, zabawna, śmiała, odcina się od konformizmu otoczenia. Na początku następnego roku szkolnego Zaza jest nieobecna. Świat staje się ponury i przytłaczający, aż nagle zjawia się spóźnialska, a z nią słońce, radość i szczęście. Jej żywiołowa inteligencja i rozliczne talenty oczarowują Simone, podziwia ją, jest „zawojowana”. Rywalizują z sobą o pierwszeństwo, stają się nierozłączne. Wprawdzie Simone wiedzie dość szczęśliwy żywot w swojej rodzinie, między ukochaną młodą matką, podziwianym przez nią ojcem i potulną młodszą siostrą. Ale tym, co przytrafia się dziesięcioletniej dziewczynce, jest pierwsza sercowa przygoda: jej przywiązanie do Zazy kipi namiętnością, uwielbia ją, drży na myśl, że mogłaby ją urazić. W swej patetycznej dziecięcej wrażliwości nie pojmuje, oczywiście, tego przedwczesnego nagłego uczucia, które znienacka ją dopada; to nam, obserwatorom, wydaje się ono tak wzruszające. Długie wymiany myśli tylko we dwoje nabierają w jej oczach niebotycznej wartości. O tak! Krępuje je ciasny gorset dobrego wychowania, niedopuszczający zażyłości, mówią sobie ceremonialnie vous, lecz mimo dystansu rozmawiają z sobą tak, jak Simone nigdy z nikim nie rozmawiała. Czym jest to nienazwane uczucie, które pod sztampową etykietą przyjaźni rozpala jej przebudzone serduszko, w zachwycie i uniesieniu, jeśli nie miłością? Bardzo szybko przekonuje się, że Zaza nie odwzajemnia tego przywiązania ani nie zdaje sobie sprawy z intensywności jej sympatii, ale jakież to ma za znaczenie w obliczu olśniewającej możliwości kochania?

Zaza umiera nagle, miesiąc przed swoimi dwudziestymi drugimi urodzinami, 25 listopada 1929 roku. Niespodziewana katastrofa, która będzie nękać Simone de Beauvoir. Przez długi czas przyjaciółka wraca do niej w snach, z żółtą twarzą pod różowym kapelusikiem, patrząc na nią z wyrzutem. Na zażegnanie nicości i na zapomnienie jest tylko jeden sposób: czarodziejstwo literatury. Czterokrotnie, w rozmaitych konfiguracjach, w nieopublikowanych młodzieńczych powieściach, w zbiorze Quand prime le spirituel [Kiedy duchowość dominuje], w wykreślonym fragmencie powieści Mandaryni, która przyniosła jej w 1954 roku Nagrodę Goncourtów, już czterokrotnie pisarka bezskutecznie starała się wskrzesić Zazę. Podejmuje kolejną próbę, w tym samym roku, w długiej, do dziś niewydanej noweli, którą pozostawiła bez tytułu i którą teraz publikujemy. To ostateczne ujęcie nie satysfakcjonuje jej, okrężną drogą prowadzi jednak do zasadniczej obróbki literackiej. W 1958 roku włącza historię życia i śmierci Zazy do autobiograficznego tekstu – Pamiętnika statecznej panienki.

Nowela, ukończona i zachowana przez Simone de Beauvoir, mimo że sama oceniała ją krytycznie, ma wszakże największą wartość: w obliczu tajemnicy nurtują pytania, mnożą się kąty widzenia, perspektywy, oświetlenia. A przecież śmierć Zazy po części pozostaje tajemnicą. Próby rzucenia na nią światła w dwóch tekstach z 1954 i 1958 roku nie przystają dokładnie do siebie. To w noweli ukazany jest po raz pierwszy wątek wielkiej przyjaźni. Z rodzaju tych enigmatycznych jak miłość przyjaźni, które skłoniły Montaigne’a do napisania o Étiennie de La Boétiem i o sobie: „Bo to był on; bo to byłem ja”*. U boku Andrée, powieściowego wcielenia Zazy, stoi narratorka wypowiadająca owo „ja”, jej przyjaciółka Sylvie. „Dwie nierozłączne” są zespolone z sobą zarówno w opowieści, jak i w życiu, by stawiać czoło wydarzeniom, ale to Sylvie opowiada o nich przez pryzmat swojej przyjaźni, ujawniając poprzez grę kontrastów nieuchwytną jej ambiwalentność.

Wybór literackiej fikcji implikował rozmaite przeróbki i modyfikacje, które należy rozszyfrować. Imiona postaci i nazwy miejsc oraz sytuacje rodzinne odbiegają od rzeczywistości. Andrée Gallard zastępuje Élisabeth Lacoin, a Sylvie Lepage – Simone de Beauvoir. Rodzina Gallardów (Mabille’ów w Pamiętniku statecznej panienki) ma siedmioro dzieci, w tym jednego chłopca; u Lacoinów było ich dziewięcioro, sześć dziewcząt i trzech chłopców. Simone de Beauvoir miała tylko jedną siostrę, jej alter ego Sylvie ma dwie. Rozpoznajemy oczywiście w Szkole Adelajdy słynną Cours Desir, mieszczącą się przy ulicy Jacob na Saint-Germain-des-Prés; to tam nauczycielki okrzyknęły dwie dziewczynki „nierozłącznymi”. Ponieważ to wyrażenie spina rzeczywistość z fikcją, odtąd będzie służyło za tytuł noweli. Pod postacią Pascala Blondela skrywa się Maurice Merleau-Ponty (Pradelle w Pamiętniku), osierocony przez ojca, mocno związany z matką, z którą mieszkał, a także z niepodobną do powieściowej Emmy siostrą. Posiadłość Meyrignac w regionie Limousin zostaje przekształcona w Sadernac, natomiast Béthary to Gagnepan, gdzie Simone de Beauvoir przebywała dwukrotnie, jedna z dwóch rezydencji Lacoinów w departamencie Landes z zamkiem Haubardin. Zaza jest pochowana tam, w Saint-Pandelon.

Na co umarła Zaza?

Na wirusowe zapalenie mózgu, wedle trzeźwej, obiektywnej diagnozy. Ale jaka fatalna sekwencja zdarzeń, sięgająca znacznie dalej, oplatająca mackami całą jej egzystencję, w końcu doprowadziła ją, osłabioną, wyczerpaną, zdesperowaną, do szaleństwa i do śmierci? Odpowiedziałaby: Zaza umarła z powodu swojej wyjątkowości. Została zamordowana, jej śmierć była „zbrodnią spirytualistyczną”.

Zaza umarła, bo usiłowała być sobą, ale wbito jej do głowy, że to dążenie jest czymś złym. W kręgu wojującej burżuazji katolickiej, w której urodziła się 25 grudnia 1907 roku, w rodzinie o rygorystycznych tradycjach obowiązkiem dziewczyny było zapomnieć o sobie, wyrzec się siebie, dostosować się. Ponieważ Zaza była wyjątkowa, nie potrafiła „się dostosować” – to złowrogie określenie, które oznacza zmieścić się w zawczasu przygotowanej formie, gdzie czeka na ciebie wydzielona komórka, jedna z wielu, a wszystko, co odstaje, zostanie zgniecione, zmiażdżone, odrzucone jako odpadek. Zaza nie była w stanie się zmieścić, więc zdławiono jej niepowtarzalność. Na tym polegała zbrodnia, morderstwo. Simone de Beauvoir z niejakim przerażeniem wspominała wykonywanie rodzinnej fotografii w Gagnepan: każde z dziewięciorga dzieci ustawiono według wieku, sześć dziewczynek w jednakowych mundurkach, sukienkach z niebieskiej tafty, w identycznych słomkowych kapelusikach przyozdobionych chabrami. Zaza miała tam swoje miejsce, które czekało na nią od wieków, miejsce młodszej córki Lacoinów. Młoda Simone zajadle odtrącała ten obraz. Nie, Zaza taka nie była, była „jedyna w swoim rodzaju”. Niespodziewany przejaw jakiejkolwiek swobody był czymś, co przeczyło całemu credo jej rodziny: stado nieustannie ją osacza, jest ofiarą „obowiązków towarzyskich”. Otoczona całym domostwem rodzeństwa, kuzynów, przyjaciół, dalekich krewnych, przytłoczona powinnościami, wielkopańskim życiem, wizytami lub wspólnymi rozrywkami, Zaza nie ma ani chwili dla siebie, nigdy nie zostawiają jej samej ani też sam na sam z przyjaciółką, nie należy do siebie, nie przysługuje jej nawet chwila samotności, ani na grę na skrzypcach, ani na naukę, odmawia jej się przywileju samotności. Z tego względu letnie wakacje w Béthary są dla niej piekłem. Dusi się, tak bardzo pragnie uciec od wszechobecności innych – kojarzy się to z pokutnym umartwianiem w niektórych zakonach – że zadaje sobie cios siekierą w nogę, aby wykręcić się od któregoś ze szczególnie odpychających zadań. W tym środowisku chodzi o to, by się nie odosobniać, istnieć nie dla siebie, lecz istnieć dla innych. „Mama nigdy nic nie robi dla siebie, spędza życie na poświęcaniu się” – stwierdzi pewnego dnia Zaza. Wskutek ciągłego nacisku tych alienujących tradycji wszelki żywiołowy indywidualizm jest duszony w zarodku. Dla Simone de Beauvoir nie ma gorszego skandalu – i to właśnie chce ukazać w noweli – skandalu, który można określić mianem filozoficznego, ponieważ chodzi o zamach na ludzką kondycję. Nacisk na absolutną wartość podmiotowości pozostanie w centrum jej myśli i twórczości – nie jednostki pojmowanej jako kolejny okaz gatunku, lecz niepowtarzalnej indywidualności, czyniącej z każdego z nas zgodnie ze sformułowaniem Gide’a „istotę najbardziej niezastąpioną”, nacisk na istnienie tej świadomości, tu i teraz. „Kochajcie to, czego nigdy nie zobaczycie dwa razy”. Przekonanie niezachwiane, oryginalne, które wesprze refleksja filozoficzna: absolut rozgrywa się właśnie tu, na ziemi, podczas naszej jedynej i unikatowej egzystencji. Rozumiemy więc, że w historii Zazy chodziło o najwyższą stawkę.

Jakie były źródła tragedii? Wiele danych składa się na ów pakiet, kilka szczególnie rzuca się w oczy: uwielbienie matki, której dezaprobata jest dla niej rozdzierająca. Zaza kochała ją namiętnie, miłością zazdrosną, nieszczęśliwą. Jej żarliwość napotykała jednak dość chłodne przyjęcie ze strony matki, druga córka czuła się zatopiona w masie rodzeństwa, jedna pośród wielu. Nader sprytnie pani Lacoin nie trwoniła swego autorytetu na ukrócanie wybryków małych dzieci, oszczędzając go na później, by zapewnić sobie lepszą kontrolę w czasie rozgrywania się rzeczy najważniejszych. Temperowanie młodej dziewczyny ma prowadzić do ślubu lub do klasztoru, nie może ona decydować o swoim losie podług własnych upodobań i własnych uczuć. Do rodziny należy aranżowanie małżeństw poprzez urządzanie „podwieczorków zaręczynowych”, dobieranie kandydatów zgodnie z jej interesami ideologicznymi, religijnymi, towarzyskimi i finansowymi. Pobierano się we własnym środowisku. Pierwszy raz Zaza zderzyła się z tymi śmiercionośnymi dogmatami w wieku lat piętnastu: bezlitosną rozłąką położono kres jej miłości do kuzyna Bernarda; i oto po raz drugi, w wieku lat dwudziestu, pojawia się groźba, że ją złamią. Jej wybór outsidera Pascala Blondela, nadzieja na poślubienie go – jakże to podejrzane odstęp, nie do przyjęcia w oczach klanu. Dramat Zazy polega na tym, że w głębi jej duszy sojusznik podstępnie sprzyja wrogowi: brakuje jej siły, by podważyć święty i ukochany autorytet, którego nakaz ją zabija. Mimo że matczyne potępienie podkopuje jej wiarę w siebie i chęć do życia, aprobuje to tak dalece, że przyznaje rację wydającemu na nią wyrok sędziemu. Represje ze strony pani Lacoin są tym bardziej paradoksalne, że w gmachu jej konformizmu można się domyślać pewnej rysy: w młodości sama, jak się zdaje, została zmuszona przez matkę do małżeństwa, które budziło w niej odrazę. Musiała „się dostosować” – w tym kontekście pojawia się słowo „okropność” – wyrzekła się siebie i zostawszy dostojną matroną, postanowiła odtworzyć niszczycielski mechanizm. Jaka frustracja, jaka uraza kryła się za jej pewnością siebie?

Przykrywka pobożności, czy raczej spirytualizmu, mocno ciążyła na życiu Zazy. Nurzała się w atmosferze przesyconej religią: pochodziła z dynastii wojujących katolików, ojciec przewodniczył Lidze Ojców Dużych Rodzin, matka zajmowała poczesne miejsce w parafii Świętego Tomasza z Akwinu, jeden z jej braci był księdzem, jedna z sióstr zakonnicą. Co roku rodzina udaje się na pielgrzymkę do Lourdes. Tym, co Simone de Beauvoir obnaża jako spirytualizm, jest „białość”, mistyfikacja polegająca na przykrywaniu nadprzyrodzoną aurą nader przyziemnych wartości klasowych. Oczywiście mistyfikatorzy jako pierwsi poddają się mistyfikacji. Automatyczne odwoływanie do religii usprawiedliwia wszystko. „Byliśmy tylko narzędziem w ręku Boga”, powie pan Gallard po śmierci swojej córki. Zazę stłamszono, ponieważ zinterioryzowała taki katolicyzm, który dla większości ludzi jest jedynie wygodną i czysto formalną praktyką. Raz jeszcze bycie wyjątkową jej nie posłużyło. Chociaż przejrzała na wylot hipokryzję, kłamstwa, egoizm moralizowania swojego środowiska, którego zarówno czyny, jak interesowne i małostkowe myśli stanowią nieustanne akty zdrady wobec ducha ewangelii, jej wiara mimo chwilowego zachwiania przetrwała. Zaza cierpi wszakże z powodu wewnętrznego wygnania, niezrozumienia ze strony bliskich, wyobcowania – ona, której nigdy nie zostawiają samej – i egzystencjalnej samotności. Autentyczne duchowe potrzeby służą wyłącznie do jej umartwiania, w dosłownym tego słowa znaczeniu, torturowania, wpędzania w wewnętrzne sprzeczności. Ponieważ dla niej wiara nie jest, jak dla wielu innych, wygodnym instrumentalnym traktowaniem Boga, środkiem do udowadniania swojej racji, samousprawiedliwiania i uciekania od odpowiedzialności, lecz bolesnym kwestionowaniem milczącego Boga, Boga mglistego, ukrytego. Sama staje się dla siebie oprawcą, przeżywa rozdarcie: Czy powinna być posłuszna i uległa, dać się ogłupić, podporządkować, zapomnieć o sobie, tak jak poucza ją matka? A może powinna wypowiedzieć posłuszeństwo, zbuntować się, walczyć o powierzone jej dary i talenty, do czego zachęca ją przyjaciółka? Jaka jest wola Boga? Czego od niej oczekuje?

Obsesyjny lęk przed grzechem podkopywał jej witalność. W przeciwieństwie do swojej przyjaciółki Sylvie Andrée/Zaza jest dobrze uświadomiona w sprawach seksualnych. Pani Gallard z niemal sadystyczną dosadnością uprzedziła swoją piętnastoletnią córkę o prozaicznej stronie małżeńskiego pożycia. Nie ukrywała, że noc poślubna to „trudna do zniesienia chwila”. Doświadczenie Zazy przeczyło temu cynizmowi: zna urok seksualności, miłosnego oszołomienia – pocałunki wymieniane z ukochanym Bernardem bynajmniej nie były platoniczne. Naśmiewa się z bezmyślności otaczających ją młodych dziewic, z hipokryzji cnotliwych mieszczan, która „wybiela”, neguje lub tuszuje surowe potrzeby żywego ciała. Ale wie także, że jest podatna na pokusy, a jej bujną zmysłowość, żarliwy temperament, cielesne umiłowanie życia zatruwa nadmiar skrupułów: w najmniejszym ze swych pragnień doszukuje się grzechu, grzechu cielesnego. Targają nią wyrzuty sumienia, strach, poczucie winy, a samooskarżanie niepokojąco umacnia w niej pokusę rezygnacji, pęd ku nicości i skłonności do autodestrukcji. W końcu kapituluje pod naciskiem matki i Pascala, którzy wmawiają jej, że długie zaręczyny są niebezpieczne, i akceptuje swoje wygnanie do Anglii, mimo że całym jestestwem jest temu przeciwna. Ten ostateczny bezlitosny przymus przyspiesza katastrofę. Zaza umarła z powodu wszystkich sprzeczności, które ją rozdzierały na strzępy.

W tej noweli Sylvie, prawdziwa przyjaciółka, ma za zadanie pomóc nam zrozumieć Andrée. Jak słusznie zauważyła Éliane Lecarme-Tabone, niewiele jest tu jej własnych wspomnień, nic nie wiadomo o jej życiu, osobistej walce ani burzliwej historii jej emancypacji, a fundamentalny konflikt między intelektualistami a świętoszkowatymi mieszczanami – wątek stanowiący główną oś Pamiętników statecznej panienki – tutaj jest jedynie z grubsza zarysowany. Niemniej rozumiemy, że Sylwia jest w środowisku Andrée postacią niemile widzianą, ledwo tolerowaną. Podczas gdy Gallardowie żyją w dostatku, jej własna rodzina, wywodząca się z dobrze usytuowanej klasy mieszczańskiej, po pierwszej wojnie światowej popadła w ruinę i została zdeklasowana. Na co dzień nie szczędzono Sylvie drobnych upokorzeń podczas pobytów w Béthary: wytykano palcami jej fryzurę i garderobę, a Andrée, dyskretnie, podrzuciła jej do szafy swoją śliczną sukienkę. Jest też rzecz poważniejsza: pani Gallard nieufnie odnosi się do zbłąkanej dziewczyny, która studiuje na Sorbonie, zdobędzie zawód, będzie zarabiać na życie i osiągnie niezależność. Rozdzierająca serce scena w kuchni, kiedy Sylvie wyznaje całkowicie zaskoczonej Zazie, czym była dla niej w przeszłości – wszystkim – wyznacza moment, w którym odwracają się relacje obu przyjaciółek. Od tej pory Zaza będzie kochać bardziej. Przed Sylvie otwiera się nieskończoność świata, Andrée natomiast zmierza ku śmierci. Ale to Sylvie/ Simone wskrzesi Andrée, z czułością i szacunkiem, przywróci ją do życia i odda jej sprawiedliwość dzięki łasce literatury. Nie mogę się powstrzymać od napomknięcia, że kolejne cztery części Pamiętników statecznej panienki kończą się słowami: „Zazę”, „będę sobie opowiadała”, „śmierć”, „jej śmiercią”. Simone de Beauvoir czuje się winna, gdyż przetrwanie jest w pewnym sensie obciążone winą. Zaza stanowiła okup za uwolnienie, w swoich niepublikowanych notatkach nazwała ją nawet „hostią” swojej ucieczki. Dla nas natomiast jej nowela wypełnia nieomal świętą misję, którą powierzała słowom: walczyć z czasem, walczyć z zapomnieniem, walczyć ze śmiercią, „oddać sprawiedliwość tej absolutnej obecności chwili, tej wieczności chwili, która ostanie się na zawsze”?

Sylvie Le Bon de Beauvoir

_
Przypisy:

* Michel de Montaigne, Próby, t. 1, rozdz. xxvii: O przyjaźni, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, Warszawa 1985, s. 112 (przyp. tłum.).

Simone de Beauvoir „Nierozłączne”
Tłumaczenie: Regina Gromacka
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 192

Opis: Nieznana powieść Simone de Beauvoir publikowana pierwszy raz po ponad pół wieku od powstania. Do klasy dziewięcioletniej Sylvie dołącza nowa uczennica. Andrée jest nieprzeciętnie inteligentna, zabawna, żywiołowa, ma własne zdanie na każdy temat i wyraźnie odstaje nie tylko od koleżanek, ale też od obrazu przykładnej panienki z dobrego domu. Dziewczynki szybko odnajdują wspólny język i mimo sprzeciwu nauczycielek i matki Andrée spędzają ze sobą coraz więcej czasu. Przez kolejne lata podziwiana niezależność Andrée kruszy się na oczach Sylvie kawałek po kawałku, zostaje zduszona przez restrykcyjne wymagania ślepego na własne błędy społeczeństwa. Zaciskająca się pętla konwenansów i obłudnej religijności doprowadza do tragedii. De Beauvoir napisała tę powieść w 1954 roku, dwadzieścia pięć lat po nagłej śmierci swojej najbliższej przyjaciółki. Pozostawiła tekst bez tytułu, nigdy go też nie opublikowała. Teraz, pod wieloma względami wciąż boleśnie aktualny, po raz pierwszy zostaje oddany w ręce czytelników. Wstęp, przybliżający okoliczności powstania noweli, napisała Sylvie Le Bon de Beauvoir, profesorka filozofii, „duchowa córka” Simone. Wprowadzeniem opatrzyła Margaret Atwood.


Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek