banner ad

Autor podręcznika dla drwali pt. „Porąb i spal” równie dobry jako prozaik! Fragment „Płyń z tonącymi”

24 czerwca 2016

plyn-z-tonacymi-fragment
Choć do tej pory Lars Mytting znany był polskim czytelnikom jedynie z bestsellerowego podręcznika dla drwali zatytułowanego „Porąb i spal. Wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie”, to jednak ten norweski pisarz jest również godnym polecenia prozaikiem, czego dowodzi powieść „Płyń z tonącymi” wydana w tym miesiącu przez oficynę Smak Słowa. Aby się o tym przekonać, polecamy poniższy fragment książki.

MATKA BYŁA DLA MNIE ZAPACHEM. Była ciepłem. Była nogą, którą obejmowałem kurczowo. Powiewem czegoś niebieskiego ? sukienki, w której, zdaje się, chodziła. Powtarzałem sobie, że wystrzeliła mnie w życie jak z łuku, i kiedy przywoływałem o niej wspomnienia, nie wiedziałem, czy są właściwe lub zgodne z prawdą, odtwarzałem ją po prostu tak, jak zdawało mi się, że syn powinien wspominać swoją matkę.

To o niej myślałem, wystawiając swoją tęsknotę na próbę. Rzadko o ojcu. Czasem tylko zadawałem sobie pytanie, czy byłby taki, jak inni ojcowie we wsi. Mężczyźni, których widywałem w mundurach obrony cywilnej, w korkach na piłkarskich treningach old boyów, ci, którzy wstawali wcześniej w weekendy, żeby zdążyć na czyn społeczny Związku Myśliwych i Wędkarzy w Saksum. Ale bez żalu pozwoliłem mu zniknąć. Przez wiele lat uważałem po prostu, że dziadek próbował robić wszystko, co robiłby ojciec, i że to mu się udawało.

Nóż dziadka był zrobiony ze złamanego radzieckiego bagnetu. Miał rękojeść z brzozy płomienistej, dziadek nigdy nie wystrugał niczego innego. Górna krawędź ostrza była tępa, ponieważ zdrapywał nią rdzę i giął drut stalowy. Pilnował, żeby dolna była ostra na tyle, by móc nią odcinać kawałki opatrunkowego plastra albo dziurawić wielkie worki z wapnem. Szybko, żeby białe granulki się nie rozsypały i nie zmarnowały, zanim wyjadę traktorem w pole.

Ostra i tępa krawędź zbiegały się w klingę, którą zabijał kilogramowe ryby wyławiane przez nas z saksumskiego jeziora. Zdejmował je z haczyka, silne pstrągi, które rzucały się mocno, wściekłe, że toną na powietrzu. Kładł je na krawędzi burty, przebijał łby ostrzem noża, chwalił szerokie rybie grzbiety. Zawsze podnosiłem wtedy wiosła i patrzyłem, jak gęsta krew spływa powoli po stalowym ostrzu, a krople wody kapią szybko z wioseł, które j a trzymam.

Te krople stawały się ponownie częścią tej samej wody. Pstrągi wykrwawiały się i były n a s z y m i rybami, z n a s z e g o jeziora.

Pierwszego dnia w szkole znalazłem swoje nazwisko na ławce, więc tam usiadłem. Kartka papieru była zgięta w połowie, tak że stała ma pulpicie, obca ręka skreśliła na niej pisakiem ?Edvard Hirifjell?, z przodu i z tyłu, tak jakby przypomnienia o tym, kim jestem, potrzebował nie tylko nauczyciel, ale też ja sam.

Ciągle się odwracałem, szukając wzrokiem dziadka, chociaż wiedziałem, że stoi za mną. Inne dzieci już się nawzajem znały, więc wbiłem wzrok w wiszącą przede mną mapę Europy i szeroką tablicę, pustą i zieloną jak ocean. Jeszcze raz obejrzałem się przez ramię i przyszło mi do głowy, że dziadek jest dwa razy starszy od innych rodziców. Stał tam we własnej osobie, w swoim szorstkim wełnianym swetrze, i był stary jak Fridtjof Nansen na banknocie dziesięciokoronowym. Mieli takie same wąsy i brwi, ale lata nie ciążyły dziadkowi, mogło się wydawać, że podpierają się nawzajem i dodają mu sił. Bo dziadek nie mógł się zestarzeć. Tak mówił. Powtarzał, że dzięki mnie jest młody, że dla mnie musi taki być.

plyn-z-tonacymi-fragment2

TWARZE MATKI I OJCA też się nie starzały. Żyły na zdjęciu stojącym na komodzie, tuż obok telefonu. Ojciec ma na sobie spodnie dzwony i kamizelkę w kratkę, opiera się o mercedesa. Matka przykucnęła i głaszcze Pellego, naszego owczarka. Wygląda to trochę tak, jakby pies zastawiał jej drogę, jakby nie chciał, żebyśmy wyjeżdżali.

Może zwierzęta potrafią wyczuć takie rzeczy.

Ja siedzę na tylnym siedzeniu i macham ręką, więc pewnie zdjęcie to zrobiono w dniu naszego wyjazdu.

Nadal sobie wmawiam, że pamiętam podróż do Francji, zapach skaju na nagrzanych siedzeniach, widok drzew migających za oknem. Długo też sobie wmawiałem, że pamiętam zapach matki tamtego dnia, głosy rodziców zagłuszane przez pęd powietrza.

Mamy negatyw tego zdjęcia z komody. Dziadek nie wysłał filmu do wywołania od razu. Początkowo myślałem, że z oszczędności, bo po tym, co się okazało ostatnim zdjęciem matki i ojca, miała przyjść Wigilia, łowienie ryb siecią w środku lata i wykopki.

Ale to, na co oszczędzał, nie było wcale oczywiste. Myślę, że czekał z wywołaniem zdjęć, bo kiedy ma się tylko film, to się nie wie, jak będą wyglądać fotografie. Dopóki nie wrócą z laboratorium. Jest tylko jakieś przeczucie, jakieś oczekiwania co do tego, jak wyjdą poszczególne motywy. I tak matka i ojciec żyli dłużej, w emulsji, dopóki kąpiel fotograficzna nie zrobiła z nich bytów skończonych.

Wierzyłem dziadkowi, gdy pod koniec moich ataków wściekłości powtarzał, że chciał mi o wszystkim powiedzieć, kiedy będę ?dość duży?. Może nie widział, jak szybko rosnę. Odkryłem więc prawdę za wcześnie, a wtedy już było za późno.

Właśnie zacząłem trzecią klasę. Pojechałem rowerem do Lindstad. Drzwi były otwarte, wszedłem zatem do środka i powiedziałem głośno ?dzień dobry?. W domu nikogo nie było, gospodarze poszli pewnie do obory, więc zajrzałem do salonu. Na ciemno bejcowanym regale z książkami stał sprzęt stereo z zakurzoną pokrywą gramofonu. Przewodniki Norweskiego Związku Automobilowego, skrócone wersje powieści wydane w serii Det Beste i cały rząd tomów w burgundowej oprawie ze złoconym tłoczeniem ?Wydarzenia? na grzbiecie. Tomy opatrzone były datami rocznymi, więc domyśliłem się, że to kroniki najważniejszych zajść z każdego roku.

To oczywiście nie przypadek, że zdjąłem z półki tom z datą 1971 ? to było tak, jakby książka sama chciała, żebym po nią sięgnął, bo od razu się otworzyła na wypadkach z września. Strony były tu upstrzone odciskami palców. Rogi kart wyraźnie podniszczone, a przy zszyciu zostało kilka pasemek tytoniu.

Matka i ojciec, każde z nich na osobnym zdjęciu. Dwie proste fotografie portretowe. Pod ich nazwiskami widniało słowo ?Reuters? w nawiasie. Zacząłem się zastanawiać, co to za jeden ten Reuters, sądziłem, że skoro chodzi o moich rodziców, powinienem to wiedzieć.

Przeczytałem, że norwesko?francuska para, ?oboje pochodzący z Gudbrandsdalen?, zginęła 23 września niedaleko Authuille w północnej Francji. Ludzie ci weszli na ogrodzone pole bitwy z czasów I wojny światowej i zostali znalezieni w rzece, martwi. Sekcja zwłok wykazała, że nawdychali się gazu ze starego granatu, wpadli do wody i nie zdołali wydostać się na brzeg.

W roczniku napisano też, że wzdłuż byłych linii frontu wciąż jeszcze można znaleźć całe tony ładunków wybuchowych i że rozminowanie wielu obszarów jest niemożliwe. W ostatnich latach z powodu przypadkowego wejścia na takie niewypały zginęła ponad setka turystów i rolników.

O tym wszystkim zdążyłem się już wcześniej dowiedzieć z lakonicznych wyjaśnień dziadka. Ale o tym, co napisano dalej w ?Wydarzeniach?, nigdy mi nie mówił.

?Po oględzinach samochodu policja ustaliła, że parze towarzyszyło dziecko, trzyletni chłopiec?. A ponieważ dziecka nie było nigdzie w pobliżu, rozpoczęto akcję poszukiwawczą. Policjanci z psami przeczesywali bez powodzenia zapomniane pole bitwy, nurkowie badali dno rzeki, a nad okolicą latały helikoptery.

I wtedy przeczytałem zdanie, które wypaliło ze mnie dzieciństwo. Zupełnie jak wtedy, gdy wrzucałem stare gazety do kominka, litery były wyraźne, chociaż papier już płonął, ale wystarczył najlżejszy ruch, by w mgnieniu oka zmieniły się w popiół.

?Cztery doby później dziecko odnalazło się w gabinecie lekarskim w portowym miasteczku Le Crotoy, oddalonym o 120 kilometrów od miejsca tragedii. Intensywne śledztwo nie wyjaśniło, co działo się z chłopcem przez cały ten czas. Zakłada się, że został uprowadzony. Nie stwierdzono u niego żadnych obrażeń oprócz kilku zadrapań i sińców?.

Dalej znów wszystko było znaną mi prawdą, napisano bowiem, że zaopiekowali się mną dziadkowie z Norwegii. Stałem jak wryty i gapiłem się na strony kroniki. Zacząłem ją kartkować, by sprawdzić, czy jest coś dalej. Cofnąłem się o kilka stron, żeby się przekonać, czy może wcześniej coś napisano. Nerwowo skubałem pasemka tytoniu w zgięciu tomu. Ludzie musieli o mnie rozmawiać, zdejmowali pewnie z półki ?Wydarzenia 1971?, gdy sąsiedzi wpadali na kawę i wspominali czasy, kiedy o rodzinie z Hirifjell pisano w gazetach.

Długo jeszcze przepełniała mnie wściekłość. Dziadek mówił, że nic więcej nie wie, toteż wszystkie pytania zanosiłem do zagajnika, w którym naprzeciwko naszego obejścia rosły brzozy płomieniste. Dlaczego matka i ojciec zabrali mnie do miejsca pełnego granatów? Dlaczego w ogóle się tam znaleźli?

Ale odpowiedzi nie było, nie było też rodziców, zniknęli, tak jak wiatr rozwiewa popiół, a ja dorosłem w Hirifjell.

HIRIFJELL LEŻY NA TYŁACH SAKSUM. Duże, bogate gospodarstwa pobudowano po drugiej stronie rzeki, tam gdzie wcześnie topnieją śniegi, a promienie słońca pieszczą drewniane ściany i mieszkającą w nich szlachtę zagrodową. Ta strona wsi nigdy nie jest nazywana ?tą właściwą?, czasami tylko ?słoneczną?, ale najczęściej w ogóle nie nazywa się jej w żaden sposób, jedynie tyły wsi mają nazwę odpowiadającą temu, gdzie się naprawdę znajdują. Pomiędzy nami płynie rzeka Laugen. Wilgotna granica, którą przekraczamy, kiedy mamy zacząć naukę w gimnazjum albo musimy się wybrać do centrum na zakupy.

Na tyły wsi przez większą część dnia pada cień. Ludzie żartują, że strzelamy u siebie z wiatrówek do furgonetki z rybami i związujemy sznurówki pijakom, którzy posnęli pod stojakami na siano. Tacy podobno jesteśmy nieokrzesani. Ale prawda jest taka, że nawet jeśli się pochodzi z bogatego gospodarstwa w Saksum, to raczej nie ma się wielkomiejskich manier wprost z Paryża, nie wspominając już o Hamar. Program ?Dookoła Norwegii? nigdy nie był nadawany z Saksum. Znaleźć tu można to wszystko, co w każdej wsi. Spółdzielnię rolniczą, krawcową, pocztę i sklep. Lokalną drogę, na której zimą karetki pogotowia zakopują się w śniegu. Odrapane domy zamieszkane przez ludzi, którym nie chce się nawet wypełniać deklaracji podatkowych.

Tylko monterzy telefonów i Agencja Rozwoju Rolnictwa wiedzieli, że tak naprawdę słońce świeci u nas przez cały dzień. Hirifjell bowiem leży w miejscu, w którym zbocze doliny znów zaczyna opadać, tworząc coś w rodzaju słonecznej strony po wewnętrznej stronie tyłów wsi. Ogród w środku lasu, odgrodzony szlabanem, w którym żyliśmy z dala od innych.

Dziadek lubił czuwać do późna w nocy. Leżałem na sofie, a on palił cygaretki i przeglądał swoje książki i płyty. Kantaty Bacha, całe pudła symfonii Beethovena i Mahlera, dyrygowanych przez Furtwänglera albo Klemperera. Regał, na którym obok siebie stały zupełnie nowe i zupełnie zaczytane książki. Spomiędzy kart atlasu świata Andreego i leksykonu kieszonkowego Meyera wystawało tyle karteczek z notatkami, że wyglądało to, jakby książkom wyrosły nowe strony.

W takiej atmosferze zasypiałem wieczorami, w mgiełce dymu, w której krzesiwo zapalniczki dziadka trzaskało od czasu do czasu, zagłuszając muzykę, zanim w końcu odkładał ?Spiegla?, a ja czułem w półśnie, jak mnie podnosi, ściany i sufit obracały się, gdy uchylałem powieki, jakbym był igłą kompasu, aż w końcu dziadek kładł mnie na łóżku, układał moje rozrzucone ręce i nogi i przykrywał mnie kołdrą, a każdego ranka jego twarz znów tam była, lampa w korytarzu rzucała światło na szorstki zarost na jego policzkach i podkręcone wąsy pożółkłe od tytoniu, stał tak i uśmiechał się, a jego uśmiech mówił, że patrzył na mnie długo zanim się obudziłem.

Jedynym jego dziwactwem było to, że zabraniał mi przynosić pocztę. Spóźnienia listonosza zupełnie wytrącały go z równowagi, każdego dnia o jedenastej zaczynał wyglądać czerwonego samochodu na drodze okręgowej. Później przerzucił się na skrytkę pocztową we wsi, uzasadniając to tym, że jacyś obcy ludzie wyłamali zamek w skrzynce przed domem.

Zamawiałem katalogi, wkładałem do kopert znaczki zwrotne i katalogi przychodziły. ?Domowy Zestaw Stereo?, ?Broń Myśliwska Schou?, ?Nowości Wędkarskie?, sprzęt fotograficzny, materiały muchowe ? katalogi przychodziły, a ja uczyłem się z nich więcej niż ze szkolnych podręczników. Świat docierał do mnie za pośrednictwem dziadka, ciężkie koperty na rozgrzanym siedzeniu auta, przywożone z jego wypraw do wsi. Trwało to całą wieczność, aż któregoś roku wrócił z dorocznego zjazdu Związku Hodowców Owiec i Kóz i ni stąd, ni zowąd powiedział, że musimy wrócić do skrzynki na listy, że z przywożeniem poczty z Saksum jest za dużo roboty.

Jeszcze na długo przed tym odpiłowaliśmy kolbę starej strzelby ojca i poszliśmy polować na kaczki. To była dubeltówka marki Sauer&Sohn, kaliber 16. Ojciec dostał ją na konfirmację, ale podobno nigdy z niej nie strzelał. W miarę jak rosłem, doklejaliśmy kolejne krążki z tego, co wcześniej zostało odpiłowane, tak że w dniu m o j e j konfirmacji kolba z rudawego drewna orzechowego była już cała naznaczona cienkimi rowkami ? moje świadectwo dorastania z dziadkiem.

Zupełnie jak słoje drzewa.

Ja jednak dobrze wiedziałem, że świerki, które mają szerokie słoje, rosły zbyt szybko i kiedy tylko będą dość wysokie, by dać się pochwycić podmuchom wiatru, połamią się jak zapałki.

Całe życie słyszałem szelest dochodzący z zagajnika, gdzie rosły brzozy płomieniste. Pewnej nocy w 1991 roku ten szelest przeszedł w wycie wiatru, który wszystkim zachwiał. Bo coś w historii o matce i ojcu ciągle żyło, ruszało się i wiło niczym tłusta żmija w trawie.
(…)

plyn-z-tonacymiLars Mytting „Płyń z tonącymi”
Tłumaczenie: Karolina Drozdowska
Wydawnictwo: Smak Słowa
Liczba stron: 540

Opis: Edvard dorastał w domu swoich dziadków, pośród pól i pastwisk, w sielskim pejzażu Norwegii. Jego rodzice zginęli we Francji, kiedy był jeszcze dzieckiem. Dlaczego właśnie tam? Nie wiadomo. To jedna z wielu rodzinnych tajemnic ukrytych za zasłoną milczenia. W poszukiwaniu rozwiązania zagadki Edvard wybiera się na Szetlandy, gdzie krajobraz urzeka romantycznym pięknem, lecz nieustannie wróży katastrofę. Znajduje tam kolejne ślady minionych zdarzeń i kobietę, której nie rozumie. W końcu jedzie do Francji, nad Sommę, której brzegi pokryte są grobami poległych żołnierzy ? i wszystko powoli zaczyna się układać w spójną całość, mimo że korzenie tej historii sięgają najbardziej tragicznych wydarzeń XX wieku, a jej bohater musi rozstrzygać dylematy podobne tym, z jakimi się zmagali antyczni herosi. Poszukiwanie własnej tożsamości w zamęcie dziejów, porywy namiętności, chciwość i śmierć, a także miłość do cennego drewna, która niczym mitologiczna klątwa zawisła nad losami dwóch rodzin ? o tym wszystkim jest ta książka.

Tagi: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek