Amerykańska prezydent udaje się do Krainy Manczkinów. Przeczytaj fragment powieści „Nigdy” Kena Folletta

8 grudnia 2021

Brytyjski autor bestsellerów Ken Follett powrócił do gatunku, który zapoczątkował jego karierę, czyli do powieści szpiegowskiej. Jego najnowsza książka, „Nigdy”, osadzona jest we współczesnym świecie i opowiada historię amerykańskiej prezydent oraz wielu innych ludzi, którzy walczą z globalnym kryzysem mogącym doprowadzić do III wojny światowej. „Dzięki moim badaniom na temat I wojny światowej jestem przekonany, że możliwy jest wybuch wojny światowej, której nikt nie chce i nikt nie planuje. To następujące po sobie wydarzenia i nieco błędne decyzje popychają w takim kierunku. Stało się tak w 1914 roku i jestem przeświadczony, że może wydarzyć się dzisiaj” – mówi Ken Follett. Jak podkreśla, natura ludzka niewiele się od tego czasu zmieniła. „Szczególnym elementem ludzkiej natury, który może sprowadzić na nas niebezpieczeństwo, jest myślenie, że musimy sprawiać wrażenie silnych” – dodaje. Poniżej możecie przeczytać sam początek powieści, która ukazała się w księgarniach nakładem Wydawnictwa Albatros.

PROLOG

Przez wiele lat James Madison mógł szczycić się tym, że był najniższym w historii prezydentem Stanów Zjednoczonych, mierzył bowiem równo sto sześćdziesiąt dwa centymetry. Potem jego rekord pobiła prezydent Pauline Green, która miała równo metr pięćdziesiąt wzrostu. Lubiła podkreślać, że James Madison pokonał w wyborach prezydenckich DeWitta Clintona, który był od niego prawie o trzydzieści centymetrów wyższy.

Pauline Green dwukrotnie odkładała wizytę w Krainie Manczkinów. Zamierzała jeździć tam co roku podczas całej swej kadencji, ale zawsze wypadało coś ważniejszego. Tym razem jednak czuła, że musi się tam wybrać. Był łagodny wrześniowy poranek trzeciego roku jej prezydentury.

Ćwiczenia przewidziane na ten dzień były częścią próbnej procedury bezpieczeństwa, która miała przypominać członkom rządu, co powinni robić w razie nagłego wypadku. Udając, że Stany Zjednoczone stały się obiektem ataku, Green wyszła szybko z Gabinetu Owalnego na południowy trawnik Białego Domu.

Tuż za nią podążało kilka ważnych osób, które rzadko oddalały się od niej na większą odległość: jej doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego, osobisty sekretarz, dwaj ochroniarze z Secret Service oraz młody kapitan amerykańskiej armii, który niósł nazywaną „atomową futbolówką” skórzaną walizkę zawierającą wszystko, czego potrzebowała do rozpoczęcia wojny nuklearnej.

Helikopter należał do całej floty podobnych maszyn; ten, którego używała danego dnia, nazywany był Marine One. Przy wejściu do maszyny jak zawsze stał na baczność żołnierz piechoty morskiej; prezydent zbliżyła się do trapu i wbiegła po nim lekkim krokiem.

Kiedy po raz pierwszy leciała helikopterem, jakieś dwadzieścia pięć lat wcześniej, było to bardzo niemiłe doświadczenie. Wciąż pamiętała twarde stalowe siedzenia w ciasnym wnętrzu i hałas, który uniemożliwiał normalną rozmowę. Teraz wyglądało to zupełnie inaczej. Wnętrze helikoptera – z wygodnymi fotelami obitymi jasnobrązową skórą, klimatyzacją i małą łazienką – przypominało kabinę prywatnego odrzutowca.

Obok prezydent usiadł doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego, Gus Blake. Ten potężny Afroamerykanin z krótkimi siwymi włosami był emerytowanym generałem. Roztaczał wokół siebie aurę pokrzepiającej siły. Miał pięćdziesiąt pięć lat, o pięć więcej niż Pauline Green. Podczas kampanii wyborczej był kluczowym członkiem jej zespołu, a teraz uchodził za jej najbliższego współpracownika.

– Dziękuję, że to robisz – powiedział, gdy wystartowali. – Wiem, że nie chciałaś.

Miał rację. Irytowała ją ta bezproduktywna przerwa w pracy i chciała ją mieć jak najszybciej za sobą.

– To jeden z tych obowiązków, które po prostu trzeba wypełnić – odparła.

Podróż nie trwała długo. Gdy helikopter schodził do lądowania, Pauline przyjrzała się swojemu odbiciu w podręcznym lusterku. Jej blond włosy, przycięte na wysokości brody, zostały starannie ułożone, makijaż był dyskretny. Miała ładne orzechowe oczy, ciepłe i pełne współczucia, którego nigdy nie ukrywała, choć jej usta zaciskały się czasem w prostą linię nadającą twarzy wyraz bezwzględnej determinacji. Zamknęła lusterko z cichym trzaskiem.

Wylądowali przy kompleksie hal magazynowych na obrzeżach jednego z miast stanu Maryland. Oficjalna nazwa tego miejsca brzmiała: Rządowe Archiwum Materiałów Dodatkowych Nr 2, lecz nieliczni wtajemniczeni, którzy znali jego prawdziwą funkcję, nazywali je Krainą Manczkinów, bo tam właśnie trafiła porwana przez tornado Dorotka z Czarnoksiężnika z krainy Oz.

Kraina Manczkinów była tajemnicą. Wszyscy wiedzieli o kompleksie Raven Rock Mountain: o podziemnym bunkrze, w którym zamierzali się ukryć wojskowi dowódcy w czasie wojny nuklearnej. Był to ważny ośrodek, ale nie tam miał się schronić prezydent USA. Wielu ludzi wiedziało również, że pod Wschodnim Skrzydłem Białego Domu mieści się Prezydenckie Centrum Zarządzania Kryzysowego, z którego korzystano w sytuacjach takich jak zamach z jedenastego września 2001 roku. Nie był to obiekt zaprojektowany i przygotowany na długotrwały postapokaliptyczny pobyt.

W Krainie Manczkinów mogło się utrzymać przy życiu sto osób nawet przez rok.

Panią prezydent przywitał generał Whitfield. Był to pyzaty, pulchny mężczyzna pod sześćdziesiątkę, sympatyczny i zupełnie pozbawiony wojskowej agresji. Pauline była przekonana, że w najmniejszym choćby stopniu nie interesuje go zabijanie wrogów – do czego przecież z założenia służy wojsko. Być może właśnie ze względu na ten brak wojowniczości otrzymał tę posadę.

Rządowe Archiwum Materiałów Dodatkowych Nr 2 rzeczywiście pełniło funkcję magazynu; strzałki z napisami kierowały dostawy do doku ładunkowego. Whitfield przeprowadził całą grupę przez małe boczne drzwi i dopiero tam kompleks nabrał całkiem innego charakteru.

Stanęli przed potężnymi podwójnymi drzwiami, które przywodziły na myśl wejście do więzienia o maksymalnie zaostrzonych rygorach bezpieczeństwa.

Weszli do przytłaczająco ciasnego niskiego pomieszczenia. Ściany wydawały się tu przesunięte do środka, jakby były metrowej grubości. Powietrze miało zatęchły, nieświeży posmak.

– To pomieszczenie odporne na wybuchy. Służy głównie chronieniu wind – wyjaśnił Whitfield.

Gdy wsiedli do kabiny, Pauline pozbyła się irytującego wrażenia, że bierze udział w ćwiczeniu, które nie ma większego sensu. Zaczęła nabierać przekonania, że sprawa jest poważna.

– Za pani pozwoleniem, pani prezydent, zjedziemy na sam dół, a potem wrócimy na górę – powiedział Whitfield.

– Zgoda, panie generale, dziękuję.

– Pani prezydent, ta placówka zapewnia pani stuprocentowe bezpieczeństwo, na wypadek gdyby Stany Zjednoczone spotkało którekolwiek z takich zagrożeń jak pandemia, katastrofa naturalna… na przykład uderzenie dużego meteorytu w Ziemię… zamieszki lub istotne niepokoje społeczne, zwycięska inwazja wrogich sił konwencjonalnych, cyberatak albo wojna atomowa – oznajmił z dumą Whitfield, kiedy winda ruszyła.

Jeśli ta lista potencjalnych katastrof miała uspokoić Pauline, to przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego. Przypomniała jej, że koniec cywilizacji jest prawdopodobny i że być może będzie musiała się ukrywać w tej dziurze w ziemi, by potem ratować resztki ludzkiej rasy.

Pomyślała, że chyba wolałaby od razu zginąć na powierzchni.

Kabina opadała dość szybko i pokonała dużą odległość, nim zwolniła. Gdy w końcu znieruchomiała, Whitfield powiedział:

– W razie problemów z windą, zawsze można skorzystać ze schodów.

Prawdopodobnie miał to być niewinny żarcik, więc młodsi członkowie grupy roześmiali się, myśląc o tym, ile stopni trzeba pokonać, by wyjść na górę; Pauline pamiętała jednak, jak długo musieli iść po schodach ludzie uwięzieni w płonącym World Trade Center, i nawet się nie uśmiechnęła. Zauważyła, że Gus Blake również nie jest rozbawiony.

Ściany pomieszczeń na dole pokryto kojącą zielenią, miłym dla oka kremowym odcieniem bieli i relaksującym różem, wciąż jednak był to podziemny bunkier. Ta nieprzyjemna świadomość towarzyszyła jej przez cały czas, gdy oprowadzano ją po prezydenckim apartamencie, koszarach z rzędami prycz, szpitalu, sali gimnastycznej, kawiarni i supermarkecie.

Sala konferencyjna była repliką Sali Dowodzenia – pomieszczenia zarządzania kryzysowego w podziemiach Białego Domu – wyposażoną w długi stół ciągnący się niemal przez całą długość pomieszczenia oraz ustawione po obu stronach krzesła dla doradców. Na ścianach wisiały duże monitory.

– Możemy tu przesyłać wszystkie dane wizualne, do których ma pani dostęp w Białym Domu, i to równie szybko – tłumaczył Whitfield. – Możemy oglądać wszystkie miasta na świecie, korzystając z ich monitoringu ulicznego i kamer ochrony. Mamy radar wojskowy przekazujący dane w czasie rzeczywistym. Jak pani wie, zdjęcia satelitarne docierają na Ziemię po kilku godzinach, ale otrzymujemy je w tym samym czasie co Pentagon. Możemy odbierać wszystkie stacje telewizyjne działające na świecie, co może być przydatne w tych rzadkich sytuacjach, gdy CNN albo Al-Dżazira otrzymują jakieś informacje wcześniej niż służby bezpieczeństwa. I będziemy też mieli zespół lingwistów, którzy natychmiast przygotują napisy do programów informacyjnych w obcych językach.

Na poziomie technicznym znajdowała się elektrownia ze zbiornikiem paliwa wielkości jeziora, systemy grzewcze i chłodzące oraz zbiornik mieszczący dwadzieścia milionów litrów wody, zasilany z podziemnego źródła. Pauline nigdy nie cierpiała na klaustrofobię, ale nagle zrobiło jej się słabo, bo wyobraziła sobie, że tkwi w tym miejscu, podczas gdy świat na zewnątrz legł w gruzach. Uświadomiła sobie, że z trudem łapie oddech.

Jakby czytając w jej myślach, Whitfield dodał:

– Powietrze dostarczamy z zewnątrz przez specjalne filtry, które są odporne na wybuchy, a przy tym wychwytują wszystkie zanieczyszczenia przenoszone przez powietrze, zarówno chemiczne, jak i biologiczne lub radioaktywne.

Świetnie, pomyślała Pauline. Ale co z milionami ludzi na powierzchni, którzy nie będą mieli żadnej ochrony?

– Pani prezydent, pani biuro sugerowało, że nie będzie pani chciała zjeść lunchu przed odlotem, ale przygotowaliśmy coś na wypadek, gdyby zmieniła pani zdanie – powiedział Whitfield pod koniec obchodu.

Zawsze tak to wyglądało. Każdy chętnie spędziłby godzinę na swobodnej pogawędce z prezydentem. Zrobiło jej się trochę żal tego człowieka, który tkwił pod ziemią na tym ważnym, choć ukrytym posterunku, jednak jak zawsze musiała stłumić ten odruch współczucia i trzymać się harmonogramu.

Pauline rzadko traciła czas na jedzenie z kimkolwiek poza jej rodziną. Uczestniczyła w spotkaniach, podczas których wymieniano informacje i podejmowano decyzje, a potem przenosiła się na następne spotkanie. Znacznie zmniejszyła liczbę oficjalnych bankietów, w których musiała uczestniczyć jako prezydent.

„Jestem przywódczynią wolnego świata – mawiała. – Po co miałabym przez trzy godziny rozmawiać z królem Belgii?”

– To bardzo miłe z pana strony, panie generale, ale muszę wracać do Białego Domu – odpowiedziała.

Po powrocie do helikoptera zapięła pas bezpieczeństwa, po czym wyjęła z kieszeni plastikowy pojemnik wielkości małego portfela. Nazywano ten przedmiot Herbatnikiem. Można go było otworzyć, tylko rozbijając plastik. W środku znajdowała się karta z serią liter i cyfr: kodami potrzebnymi do autoryzacji ataku atomowego. Prezydent musiał przez cały dzień nosić Herbatnik ze sobą, a w nocy trzymać go przy łóżku.

– Bogu dzięki, że zimna wojna już się skończyła – zauważył Gus Blake, patrząc na Pauline.

– To upiorne miejsce przypomniało mi, że wciąż żyjemy na krawędzi – powiedziała.

– Musimy tylko dopilnować, by nigdy tego nie użyto.

Odpowiadała za to w stopniu większym niż ktokolwiek inny na świecie. Czasami czuła na barkach to brzemię. Dziś wydawało się wyjątkowo ciężkie.

– Jeśli kiedykolwiek wrócę do Krainy Manczkinów, będzie to oznaczało, że zawiodłam.
(…)

Ken Follett „Nigdy”
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 640

Opis: Wielkie katastrofy zaczynają się od problemów, które uznano za zbyt nieistotne, by w porę się nimi zająć. Drobne nieporozumienia, w wyniku niefortunnych zbiegów okoliczności, błyskawicznie i niepostrzeżenie przeradzają się w poważne konflikty. Co najmniej dziewięć państw na świecie posiada arsenał nuklearny. Każde z nich, w sprzyjających okolicznościach, może sięgnąć po ostateczne rozwiązanie. I w mgnieniu oka zniszczyć ziemską cywilizację. Od spalonej słońcem Sahary, przez obozy dla uchodźców, po gabinety polityków i salony ambasad. Bohaterowie i tchórze, ludzie rozważni i szaleńcy, kochankowie i wrogowie… Całe spektrum świata, który poradził sobie z pandemią, by stanąć w obliczu kryzysu, który może być ostatnim… Amerykańska prezydent robi wszystko, by uniknąć wydania rozkazu użycia broni jądrowej… Błyskotliwy szef chińskiego wywiadu prowadzi misterną grę, by powstrzymać rząd swojego kraju przed starciem z Zachodem… Agenci CIA rozpracowują w Afryce Północnej struktury islamskich terrorystów… Młoda Afrykanka decyduje się na niebezpieczną podróż przez Saharę, by zapewnić przyszłość swojemu dziecku… Wszyscy oni podejmują ryzyko i poświęcają się, ponieważ wierzą, że są w stanie sprawić, żeby świat stał się lepszym i bezpieczniejszym miejscem. Tylko że to może nie wystarczyć… Bo delikatna równowaga już została zachwiana, a rzeczywistość, jaką znamy, wkrótce rozsypie się w proch.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek