banner ad

Biurka polskich pisarzy: Marcel Woźniak

28 grudnia 2020

W młodości śpiewał w zespole i występował jako aktor. Swoje zawodowe życie związał jednak nie ze sceną, lecz z pisaniem. Został biografem Leopolda Tyrmanda, któremu poświęcił dwie książki: „Moja śmierć będzie taka, jak moje życie” oraz „Pisarz o białych oczach”. Jest także autorem kryminałów „Powtórka”, „Mgnienie” i „Otchłań” oraz napisanego wspólnie z Gabrielą Gargaś romansu kryminalnego „Tysiąc obsesji”. Swoją przestrzeń pracy pokazuje wam Marcel Woźniak.

Miejsce pracy: Nie czytałem nigdy podręcznika „jak zbudować biurko pisarskie” czy „przewodnika po pracowni”. To zabawne obserwować dziś artefakty ze swojej przestrzeni: każdy przeszedł próbę ognia i ma powód, dla którego się tu znajduje.

Jaka jest historia mojego stołu z drewna? Jest to stół-od-zawsze. Jeden z dwóch mebli, na których rozkładam i składam swoje opowieści. Drugi – ława – stoi w salonie. Jest rozłożysty, idealny do rozkładania kartek, które porywa albo kot, albo przeciąg. Nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu, ale świadomość istnienia destynacji odległej o kilka łokci powiększa mi w głowie kubaturę wolności.

Biurko służy do pracy w trybie skupienia, do kartografii literackiej. Są na nim i wokół niego przedmioty do liter pisanych i drukowanych.

Najpierw – przyklejona do szafy makieta plotu książki, a na niej: notatki, zygzaki, trupy. Ma zawsze wiele wersji, służy jako atlas chmur. Marzy mi się wielka tablica z czerwonymi niteczkami, które zawijam na pineski, jak Raskolnikow pętelkę pod płaszczem. Na razie musi starczyć jednak ta papierowa wersja, nagryzdana na odwrocie tekturowej tarczy ze strzelnicy.

Drugi papier to notes. Moja pisarska droga zaczęła się od rewolucji: sześć lat temu w czystym zeszycie zapisałem, co chcę robić przez kolejne lata. Testowałem różne bruliony, kalendarze i planery, ale najlepszy był i do dziś pozostaje po prostu zeszyt. To ja decyduję, na ile myśli podzielony jest dzień i ile kratek do ich zapuszkowania potrzeba. Stąd: po prostu zeszyt.

Tu – z Orwellem, którego traktuję jak talizman. „Rok 1984” to moja najważniejsza książka w życiu. Nie „najlepsza”, ale „najważniejsza”. Towarzyszy mi nieprzerwanie od liceum i egzaminu na studia. Zamiast wypracowania napisałem na nim opowiadanie, w którym spotkali się Hans Castorp, Rodon Raskolnikow, Józef K. i Winston Smith. Tekst kończył się wyznaniem narratora, który obudził się w dniu swoich narodzin i spojrzał na kalendarz: „był 7 czerwca roku 1984”, czyli moja prawdziwa data narodzin. Talizmany nie muszą domagać się logiki, więc i ja nie oczekuję nic ponad wyrozumiałość dla mojej wydumanej fanaberii. Orwell pomaga mi się skupić, jego wiara w ducha ludzkiego nadaje sens pracy. A skąd Orwell obok Tyrmanda, tego tłumaczyć nie muszę.

Pranie mózgu – notatki zalane podczas awarii hydraulicznej w piwnicy.

Z papieru przeskakujemy do kilobajtów plików. Łącznikiem jest wygodna klawiatura. Klawiatura. Ta w laptopie wymusza nienaturalną pozycję nadgarstków i stałą odległość od ekranu. Po wystukaniu kilku milionów znaków i corocznym dodawaniu kolejnych dioptrii u optyka ma znaczenie, czy garbisz się stale nad laptopem.

Szukałem więc klawiatury z dobrym skokiem klawisza. Oczywiście, pierwszym, co pojawiło się w paskach reklam, były klawiatury z kategorii „poczuj się jak pisarz”. Eleganckie, dizajnerskie, chromowane jak krążowniki szos i dające pogłos jak w gabinecie przy Baker Street. Niestety, rozsypują się po wystukaniu jednej sceny pościgu i nie sprawdzają się jako narzędzie pracy. Niezły ubaw mieli pracownicy sklepów elektro podczas moich wizyt. Siadałem na podłodze i pisałem na klawiaturach różne, wymyślone zdania, powtarzało się to wielokrotnie. „Ekipa sprzątająca proszona do alejki ze sprzętem komputerowym, autorowi rozlał się tekst!”. Najpierw była bezprzewodowa, smukła klawiatura, z którą wymyśliłem sobie chodzić po domu. „Tak, myślałem, będę pykać fajkę i dopisywać zdania, patrząc przez okno w dal, a komputer w drugim pokoju zapisywać będzie te godne Nobla, a przynajmniej nagrody osiedlowej, strofy!”. Niestety! Małe jest piękne, ale dużo z tym kłopotu i pisanie przypominało walenie w domofon. W końcu stanęło na lekkiej, plastikowej klawiaturze, która nie wygląda jak narzędzie członka klanu z „Counter-Strike”, ale przyjemnie podaje litery. Jedynym szaleństwem jest tryb pięciu zmienianych kolorów podświetlenia. Jeśli ustawię fiolet, to wiem, że w książce wkrótce ktoś umrze.

Palce, poprzez klawisze, prowadzą do komputera.

Tutaj miałem największą zagadkę. Po uśmierceniu kilku laptopów, pięć lat temu zakupiłem kombajn, z którym objechałem żniwa na całym świecie. Niemiłosiernie poobijany, pomotany klipsami do papieru i klejem służy mi do dziś. Kiedy jednak w ubiegłym roku nabawiłem się kontuzji pleców, konieczne było odchudzenie tonażu plecaka, z którym ciągle podróżuję. Konieczne było coś o niskiej wadze, z wagą zasilacza włącznie, dużej żywotności i pancerności.

Po kilku miesiącach poszukiwań odkryłem komputer widoczny na zdjęciu: Panasonic CF-C2. Toughbook, mało popularny w Polsce, posiada dotykowy, składany do tabletu ekran z rysikiem. Jest do pewnych granic wodoodporny, wytrzymuje wstrząsy i upadek z dwóch metrów. Ma taką śmieszną, silikonową rączkę, która pomaga go trzymać: ułatwia to wbieganie do czytelni na kilka minut przed zamknięciem, bez obawy, że komputer wypadnie z ręki. Do laptopa zamówiłem z dalekiej Azji dwie baterie i tym sposobem mam sprzęt, który może pracować bez zasilania kilka dni. Problemem jest mały ekran.

Tu z pomocą przychodzi większy monitor, stojący na jeszcze większej drukarce. Żaden tablet i żadne aplikacje nie zastąpią papieru, po którym można kreślić. Tym sposobem zaczęliśmy od papieru i na nim kończymy. Efekt finalny z dziennego urobku trafia do małego drukarza w czarnym pudle, który układa czcionki w nanosekundach i wysyła na taśmie gotowe ciągi liter.

Marcel Woźniak, a w tle makieta powieści „Otchłań”.

Tryb pracy: Różne drogi prowadzą do pisania. Mnie zawiodło dziennikarstwo. Zawsze przyzwyczajony byłem do pisania w każdym miejscu i każdych warunkach. Jest to pomocne w pracy reporterskiej, ale okazuje się przekleństwem przy wspomnianej kartografii pisarskiej. Znacznie lepiej jestem wyekwipowany do pracy w terenie i znacznie lepiej w tym terenie się czuję niż w gabinecie ze srebrami rodowymi i olejowaną co nów podłogą. Biurko, regał z książkami, sprzęt i ściana, wygodne krzesło – to podstawa, ale żeby pisać, potrzebuję ludzi i powietrza.

Proces pisarski dzieli się na kilka etapów i nie są one stałe w swej kolejności i długości odcinków. Są poszukiwania w terenie, spotkania, szukanie śladów, przypisów, rekwizytów. Przeplatają się z okresem kwerendy w archiwach. Jest tworzenie makiety, planowanie. I wreszcie – etap najtrudniejszy, czyli stricte pisarski. W zależności od kalendarza i materii etapy te mogą się szatkować i przenikać.

Ponieważ żyję w mieście uniwersyteckim, błogosławieństwem jest bliskość biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Wszystko zmieniła pandemia, przez którą od roku piszę w mieszkaniu. Ale wcześniej…

Idealnym rozwiązaniem była pobudka, basen albo gimnastyka, a następnie spacer lub szus rowerem do kampusu. Po drodze zahaczałem o piekarnię, którą mieli zlikwidować, ale szczęściem od Boga ocalała, a wraz z nią ocalały orkiszowe trójkąty, bułki cynamonowe i kajzerki. Droga do biblioteki upływała na wykonaniu telefonów i wysłaniu maili – na sprawunkach ważnych, ale szybkich do rozwiązania, tak, by w trakcie pracy nic nie rozpraszało. Muszę też dodać, że regularnie noszę na plecach urządzenie zwane prostotrzymaczem, czyli czymś w rodzaju pajączka. Brzmi jak reklama ze zlikwidowanego niedawno TV Mango, ale przy moim wzroście niemal każdy stół, krzesło, a nawet schody przystosowane są dla ludzi o mniejszej budowie. Moje ciało od kilkunastu lat musi się wpasowywać w zbyt małe oparcia, blaty, futryny, regały i wykusze. Prostotrzymacz – plastikowa wkładka na plecach, oplatająca paskami ramiona – pomaga ciału nie zwariować.

Głęboki namysł podczas pracy w bibliotece.

W bibliotece konieczne było wybranie szafki z siódemką w numerze, zabranie właściwych sprzętów i zamontowanie się na górze. W dni chłodne wybierałem salę w czytelni na pierwszym piętrze, z wysokim sufitem i widokiem na las. Przypomina mi bibliotekę z filmu „Siedem”, choć nie ma tam tak pięknych lampek na stolikach. W dni upalne szedłem na drugie piętro, do czytelni sinologicznej, która jest jedynym pomieszczeniem wyposażonym w klimatyzację. Na stoliku ustawiałem laptop, klawiaturę (we fiolecie), bidon z zaparzonym ostropestem truskawkowym i miętą, notes. Telefon stawiałem na podpórce, włączając duży, kołowy zegar na ekranie. Kiedy tracę rytm, kopem do pracy jest konieczność skończenia danej partii tekstu przed pełną godziną. Gdy tak się stanie, można zaserwować sobie nagrodę w postaci spaceru. W ten sposób, przed pandemią, często spotykałem tam Roberta Małeckiego, Przemka Semczuka i Natalię Waloch z „Wysokich Obcasów”. Przerzucanie tysięcy stron gazet przerywaliśmy wspólną kanapką w barze „Adaś”. Wszyscy wiedzieliśmy, że każde kolejne zdanie rzucone w rozmowie to jedno zdanie mniej napisane dwa piętra wyżej przy stole, więc w końcu zbieraliśmy się niechętnie i rozstawaliśmy gdzieś przy wózku ze zwrotami bibliotecznymi, by znów orać w swoich klawiaturach.

W dniach najbardziej wytężonej pracy dniówkę kończyło brzęczenie dzwonka, odzywającego się kwadrans przed zamknięciem zbiorów. W takim rytmie przepracowałem większość prac nad książkami „Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie” i „Mgnienie” oraz powieścią „Tysiąc obsesji”. Każdy dzień kończył się albo wysłaniem kolejnych zamówień do magazynu zbiorów na kolejny poranek lub – jeśli był to etap żmudny pisarsko – sprawdzeniem ilości znaków w pliku przed zamknięciem maszyny.

Przed pandemią: Marcel Woźniak w bibliotece.

Od czasu pandemii zdecydowaną większość czasu spędzam, pisząc w domu.

Wymagało to przemodelowania przestrzeni. Najpierw zrobiłem regał zasłaniający całą ścianę, na której powstał księgozbiór ksiąg potrzebnych i ksiąg znienawidzonych. Pojawiło się więcej roślin, a zniknęły bibeloty. Nie jest jednak łatwo przystosować skromne mieszkanie do roli biura, w którym wszystko fruwa w każdą stronę. Konieczność ograniczenia liczby przedmiotów i przestrzeni roboczej przyjąłem z bólem, ale mniejszym niż kiedyś. W wytężonej pracy przez ostatnie 12 miesięcy pomogła znajomość biografii wybitnych twórców. Świadomość, że moje niewygodny są niczym wobec ich niewygód i braków, sprawiły, że w „złym roku” pracowałem bardziej niż kiedykolwiek.

Konieczne było wygospodarowanie kilku przestrzeni: biurka, kanapy z ladą oraz łóżka z rzutkiem na ścianie na wprost, gdzie można przeglądać w powiększeniu dokumenty lub oglądać materiały filmowe.

Przyznaję, kilkakrotnie czułem się jak bohater „Dnia świra”. Wiem, kto i kiedy robił remont. Wiem, na jakiej częstotliwości piszczą dzieci sąsiadów z parteru. Znam język psa sąsiada z dołu. Poznaję po brzmieniu silnika i szumie przesuwanych drzwi, która firma kurierska przywiozła za oknem przesyłkę. Wiem, które triole saksofoniście z bloku po drugiej stronie trawnika idą podczas porannych ćwiczeń najoporniej. Ale poza tym, oczywiście, piszę!

Podczas pandemii nawet spotkania z czytelnikami organizowane są „z domu”.

Aktualny projekt: Książką minionego roku był oczywiście „Tyrmand. Pisarz o białych oczach” w Wydawnictwie Marginesy. Kończyłem ją przed lockdownem, przyspawany do łóżka kontuzją kręgosłupa. Jedynym celem było oddanie maszynopisu na czas, by wyszła jesienią, bym mógł powrócić do aktywności fizycznej i formy – na horyzoncie był plan produkcji filmu dokumentalnego, a to zawsze wymaga dobrego zdrowia. Ani jedno, ani drugie nie wydarzyło się jednak z powodu lockdownu.

Postanowiłem więc wówczas przerzucić się na kolejne projekty, by nie żałować w przyszłości, że czas przymusowego przestoju będzie po nic. Tak zaczęła się praca w biurze z fotografii. Przez kilkanaście tygodni trwała redakcja wznowienia powieści „Powtórka” w Novae Res. Ukazało się także wznowienie „Biografii Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie”. Do nagrania audio udało się skierować powieść „Otchłań”, która – ku mojemu zaskoczeniu – latem wylądowała w czołówce najchętniej słuchanych kryminałów w EmpikGo. Równolegle pracowaliśmy nad scenariuszem trzech odcinków serialu dokumentalnego o Leopoldzie Tyrmandzie, nie wiedząc, kiedy go nakręcimy. Ostatecznie na zdjęcia wyruszyliśmy w czerwcu i lipcu. Dla Wydawnictwa Filia napisałem opowiadanie „Młotkarz z Torunia”, były również teksty naukowe dla NCK i UMK, projekt serialu kryminalnego, wystawa w Instytucie Polskim w Berlinie. Mimo pandemii Rok Tyrmanda jakoś się toczył i nie brakowało aktywności z tym związanych.

Książka „Tyrmand. Pisarz o białych oczach” ukazała się 14 października. To efekt mojego wieloletniego śledztwa, ale i pracy całego zespołu Wydawnictwa Marginesy. Wiem, że wszyscy włożyliśmy w to całe serce i „tyle, ile fabryka dała”. Redakcja była wyjątkowo długa i szczegółowa. Wiedząc, jak bardzo ten rok dał nam wszystkim w kość, czułem jednocześnie, jak ważna jest to książka. Dlatego całą energię poświęciłem na działania wokół książki. Przyznam, że tak bardzo chciałem się przyszykować do trasy promocyjnej, że wymieniłem nawet… przegrzewający się w samochodzie silnik! Rok Tyrmanda był niezwykłą podróżą.

Czasy przed pandemią: praca w kawiarni.

Obecnie pracuję nad powieścią wojenną dla Wydawnictwa Marginesy. Jej akcja zaczyna się w miejscowości Stryj na Ukrainie. To rodzinna historia dziadków Piotra Stolara, który uwiecznił kiedyś na nagraniu ich wspomnienia. Gdy usłyszałem tę opowieść, wiedziałem, że musi z tego powstać książka. Losy mieszkańców Galicji, ucieczka z Syberii, pogromy UPA, miłość w obozie pracy, wędrówki ludów. Wielka epopeja o małym, ludzkim życiu, które potrafi być wielką lekcją i piękną metaforą.

Byłoby wspaniale pisać książkę w bibliotece. W dużej mierze bowiem proces pisarski polega na zmaganiu z oporem umysłu i ciała. Gdy walka ta odbywa się we własnych czterech ścianach, ciężko czasem patrzeć na dom, jak na przestrzeń relaksu. Stukot klawiatury, choćby najprzyjemniejszej w dotyku, i świst kartek, choćby z wydania „Roku 1984”, nie pozwalają czasem zasnąć – mimo że domostwo spowite jest ciszą. Patrzę wówczas na wielkie drzewo za oknem. Jego majestatyczne gałęzie pochylają się czasem nad budynkiem i wtedy czuję, że to drzewo, smagane wichrem, jak w sentencji Seneki o tym, że tylko te smaganie sprawi, że drzewo będzie silne i zdrowie, no więc to drzewo – uważam – pochyla się, jakby rozumiejąc, że razem znaleźliśmy się w tej sytuacji, z którą musimy się jakoś umeblować i należałoby coś z niej wynieść. Przytakuję wtedy i zasypiamy, po dwóch stronach okna.

fot. Marcel Woźniak dla Booklips.pl

Tematy: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Kategoria: biurka polskich pisarzy