Premiera ekranizacji „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Wznowienie powieści już w księgarniach

22 marca 2019


W piątek 22 marca do kin wchodzi ekranizacja głośnej, uhonorowanej Nagrodą Literacką „Nike” powieści Joanny Bator – „Ciemno, prawie noc” w reżyserii Borysa Lankosza. Tymczasem w księgarniach znajdziecie wznowienie książki z filmową okładką, które opublikowało wydawnictwo W.A.B.

Akcja „Ciemno, prawie noc” rozgrywa się na Dolnym Śląsku. Kiedy Wałbrzychem wstrząsa seria tajemniczych zaginięć dzieci, do miasta przybywa dziennikarka Alicja Tabor. Powracająca po latach w rodzinne strony, nieustępliwa reporterka chce poznać rodziny zaginionych i rozwikłać zagadkę, wobec której nawet policja okazuje się bezsilna. W trakcie prywatnego śledztwa Alicja – dość nieoczekiwanie – wpada na trop dramatycznych wydarzeń, które swój początek miały dekady temu. Dążąc do odkrycia prawdy, dziennikarka będzie musiała stawić czoła nowemu zagrożeniu oraz temu, przed czym uciekała przez całe dorosłe życie – tajemnicy swojego dzieciństwa i szokującym sekretom własnej rodziny. Z czasem ponura intryga kryminalna połączy w jedno zaginięcia dzieci, wojenną przeszłość, legendę zaginionego skarbu oraz losy samej Alicji, która na swojej drodze zmierzy się z czystym wcieleniem zła, jak i zyska sojuszników, stojących po stronie dobra. Mroczna i piękna sceneria miasta oraz okolic zamku Książ dopełniają świat barwnych i niebezpiecznych postaci, w którym nasza bohaterka przestaje oceniać rzeczywistość tak jak dotychczas…

Ekranizacji wielowątkowej powieści Joanny Bator podjął się Borys Lankosz, reżyser słynnego „Rewersu”, jednego z najczęściej nagradzanych debiutów fabularnych ostatnich lat. Scenariusz napisał wspólnie z żoną, Magdaleną Lankosz. Historię dostosowano do realiów medium filmowego, niemniej jednak postarano się, żeby nie zatracić ducha książki, w której ujmująca barwami wyobraźni poezja świata przedstawionego miesza się z horrorem ludzkiej małości. Miejscem akcji pozostał Wałbrzych, ten z powieści, miasto sekretów i tajemnic, z którego wylewa się niewyobrażalne wręcz cierpienie. Zarówno niewinnych dzieci, porywanych, manipulowanych, zmuszanych by zbyt szybko dorosnąć, jak i dorosłych, którzy próbują desperacko przerwać krąg zła zakorzenionego w przekazywanej z pokolenia na pokolenie traumie.

Przeniesienie książki na ekran

Wielowymiarowe powieści Joanny Bator wyróżniają się wieloma rzeczami, ale z perspektywy filmowej najważniejsze są słuch autorki do języka mówionego oraz wizualność prezentowanych przez nią opisów sytuacji, ludzi i miejsc. W przypadku szalenie obrazowej „Ciemno, prawie noc”, którą urodzona i wychowana w Wałbrzychu pisarka-obieżyświatka napisała w Japonii, niektóre fragmenty były wręcz gotowymi scenami filmowymi. „Bazując częściowo na własnych wspomnieniach, a częściowo na dziecinnych fantazjach przemieszanych z wyobraźnią, stworzyłam pełnoprawny świat, oparty na rzeczywistości, flirtujący z autentycznością prawdziwych kamienic czy dzielnic, ale jednak będący w pełni moją kreacją” – tłumaczy Bator. „Pamiętam jednak, że czytelnicy mówili mi, że ta książka bardzo mocno na nich oddziaływała, powodując wręcz cielesne reakcje: dreszcze, wstrząsy, gęsią skórkę. Mój świat stał się ich światem, a teraz również światem filmowym”.

Jako pierwsza „Ciemno, prawie noc” przeczytała Magdalena Lankosz. Był rok 2012, tuż po premierze powieści, kiedy nikt nie przewidywał, że przyniesie ona Bator prestiżową Nagrodę Literacką „Nike”. „Miłość od pierwszego wejrzenia. Byłam pod wielkim wrażeniem, jak można opowiedzieć o czymś tak strasznym w tak niesamowity sposób. Zaproponować baśń dla dorosłych, która oswoi nas z lękami, zagłębiając się w ich sedno, trochę je dekonstruując” – wspomina scenarzystka filmu. Bardzo szybko zainteresowała powieścią męża, Borysa Lankosza, który kończył wówczas development swego drugiego filmu, ekranizacji „Ziarna prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego. „Powieść zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Poznaję to w taki sposób, że im bliżej końca, tym wolniej czytam. Nie chcę opuszczać tego świata. Obawiałem się trochę, czy po przyjęciu takiej dozy nieszczęść i potworności bohaterka zazna choć odrobiny nadziei, ale Bator jest wybitną pisarką i zakończenie zadziałało fantastycznie. Pragnienie, by zrobić z tego film, stało się tym silniejsze”.

Jeszcze przed wejściem na plan w Sandomierzu, gdzie rozgrywała się akcja „Ziarna prawdy”, Lankosz podjął decyzję, żeby uczynić adaptację „Ciemno, prawie noc” swoim kolejnym projektem. Następnym krokiem był telefon do producenta Leszka Bodzaka. „Tak się złożyło, że Leszek przenosił właśnie firmę do Warszawy i szukał zarówno ciekawych projektów, jak i bratnich dusz wśród filmowców. Przeczytał książkę i tak samo jak my wsiąkł bezgranicznie w pomysł adaptacji” – mówi Magdalena Lankosz, nadmieniając, że Bodzak błyskawicznie zakupił prawa do powieści i przez kolejne lata odbyli w trójkę setki spotkań, a nawet spędzali ze sobą drugie dni świąt.

Od nabycia praw do zakończenia zdjęć minęło pięć lat, ale wszyscy są zgodni, że warto było poświęcić tyle czasu na dopracowanie wszystkich aspektów adaptacji. „Droga była długa i kręta, co wynikało przede wszystkim z tego, że bardzo długo trwały prace nad scenariuszem” – tłumaczy Bodzak. „Zabrzmi to jak truizm, ale 'Ciemno, prawie noc’ jest niezwykle trudną książką do przeniesienia na ekran. Z uwagi na objętość, ilość wątków, liczbę postaci, dziesiątki niuansów poukrywanych w wątkach pobocznych”. Powstało kilkadziesiąt wersji scenariusza, który z początku miał ponad 180 stron i obejmował znacznie więcej elementów zaczerpniętych z powieści. „Testując na znajomych i zaufanych osobach, zdaliśmy sobie sprawę, że mimo że my panujemy nad strukturą i wszystko się zgadza, wszystko ma logiczne wyjaśnienie, tak długa i skomplikowana historia przekracza możliwości percepcji inteligentnych i przychylnych nam czytelników. Ergo także i potencjalnych widzów w kinach” – opowiada Borys Lankosz.

Dla niektórych ekspertów zatwierdzających dofinansowanie projektów filmowych problemem był też rys charakterologiczny protagonistki, Alicji Tabor, która będąc dziennikarką zbierającą materiały na reportaż, ogranicza się często do wysłuchiwania historii innych. „Oczekiwali od nas większego zaktywizowania protagonistki, ale nie chcieliśmy sprzeniewierzać się powieści” – wyjaśnia Bodzak. „Alicja jest skonstruowana na podobieństwo bohaterki 'Alicji w Krainie Czarów’, która też nie jest zbyt aktywna. Niektórzy twierdzą, że np. postać Martina Sheena w 'Czasie Apokalipsy’ przez pierwsze dwie godziny też błąka się po ekranie. Teoretycznie pasywny bohater może być ciekawy, wielowymiarowy, o ile widz dostrzeże w nim coś na tyle interesującego, że będzie chciał za nim podążać. Jest to oczywiście trudne do pokazania, ale wydaje mi się, że udowodniliśmy naszym filmem, że jest to możliwe”. Również dlatego do roli Alicji Tabor zatrudniono Magdalenę Cielecką, jedną z najbardziej charyzmatycznych i przykuwających uwagę polskich aktorek.

„Nie bez powodu film zaczyna się długim ujęciem opisującym przyjazd pociągu z bohaterką do Wałbrzycha, a następnie obserwujemy przejście Alicji z peronu do miasta, zrealizowane pod muzykę operową” – zauważa Borys Lankosz. „To niewerbalne zaproszenie do ciekawego świata, który widz będzie obserwował i poznawał oczami tej przewodniczki. Dziękuję Leszkowi, że nie poddał się naciskom i udało się doprowadzić do realizacji filmu w takiej wersji” – wyznaje reżyser. Ważnym elementem procesu było również wyraźne wsparcie Joanny Bator, która nie chciała w żaden sposób ingerować w tekst scenariusza, pozostając dobrym duchem projektu. „Zaufałam Borysowi i Magdzie już po naszej pierwszej rozmowie. Potem tylko się w tym odczuciu utwierdzałam, gdy zauważałam, że w kolejnych wersjach nie ma żadnego słowa dialogu, którego nie napisałam” – opowiada pisarka, której gotowy film przypadł tak bardzo do gustu, że porównała go do bardziej kameralnej wersji „Labiryntu Fauna” Guillerma del Tora.

„Nasze relacje z Joanną były od początku przyjacielskie, utrzymywaliśmy kontakt, wysyłaliśmy nowe wersje scenariusza, staraliśmy się udowodnić, że bardzo szanujemy jej prozę i nie mamy zamiaru jej zniszczyć, tylko przetłumaczyć na inną sztukę” – informuje Magdalena Lankosz. „Pamiętam, że na pierwszą dokumentację do Wałbrzycha pojechaliśmy razem z Joanną, która oprowadzała nas, pokazując miejsca, które były – czasem nieświadomie – inspiracją do różnych fragmentów powieści” – dodaje Bodzak.

Bator wspierała decyzję o pominięciu w adaptacji niektórych ważnych wątków z powieści, np. z samozwańczym prorokiem Janem Kołkiem i brutalnymi zamieszkami na wałbrzyskim rynku, czy postaci Celestyny Pajączek, transseksualnej bibliotekarki z żyłką poszukiwaczki przygód. „To była instynktowna decyzja Magdy, w pełni słuszna. Wiedzieliśmy, że do wykorzystania wszystkich wątków trzeba by było pięcio- czy sześcioodcinkowego mini-serialu i woleliśmy skupić się na śledztwie oraz Alicji i losach jej rodziny” – tłumaczy Borys Lankosz. „Chciałem zachować Celestynę, fantastyczną postać. Rozmawiałem nawet z aktorem, który widział się bardzo wyraźnie w tej roli. Ale ostatecznie nie było dla niej miejsca”. Leszek Bodzak trochę obawia się z tego powodu rozczarowania fanów: „Śledzę dyskusję o naszej adaptacji w internecie i z lekkim przerażeniem czytam, jak ludzie prześcigają się w domysłach, jak będzie przedstawiona postać Celestyny. Mam nadzieję, że jej brak nie przesłoni nikomu walorów filmu”.

Wybór konkretnych wątków miał też uzasadnienie produkcyjne. Leszek Bodzak wspomina, że pierwsza wersja scenariusza, którą poddano kosztorysowaniu, sugerowała projekt za 12 milionów złotych. Ostateczny budżet wyniósł nieco ponad 6 milionów, podobnie jak w przypadku „Ostatniej rodziny”, która mimo kontrowersji związanych z zawartą w filmie wizją Beksińskich stała się kinowym wydarzeniem 2016 roku.

W filmie nie znajdziemy też audiowizualnych odpowiedników opisanych przez Joannę Bator scen, w których dzieciom dzieje się krzywda. „Odbyliśmy na ten temat wiele rozmów na poziomie pisania scenariusza: co nakręcić, na ile coś pokazać, a na ile zasugerować” – wspomina Magdalena Lankosz. „Ani przez chwilę nie mieliśmy zamiaru pokazywać gwałtu na dzieciach. W powieści Bator bardziej szczegółowe opisywanie przemocy służyło pewnemu celowi, zmuszało wyobraźnię widza do działania, ale na ekranie nie miałoby żadnego celu poza voyeurystycznym napawaniem się ludzką ohydą”. Borys Lankosz dodaje: „Oboje jesteśmy przeciwni epatowaniu scenami erotycznymi czy ujęciami przemocy, które służą chyba tylko osobom z chorą wyobraźnią. My tylko sygnalizujemy, że to czy tamto miało miejsce, inaczej zaprzeczylibyśmy wszystkiemu, co chcieliśmy osiągnąć filmem. Czyli zapewnić jakąś refleksję, poczucie nadziei, uczulić na temat przemocy wobec najmłodszych. Sprzeciwiłbym się każdej innej opcji”.

Obsada „Ciemno, prawie noc”

Borys Lankosz nie wierzy w castingi, woli obsadzać we własnej głowie. Nie inaczej było w przypadku „Ciemno, prawie noc”. „Tak długo obracam obrazami, aż wskakują we właściwe miejsce, a potem spotykam się z aktorką czy aktorem i sprawdzam, czy intuicja mnie nie myliła. Uważam, że na castingach nie dostaje się prawdziwej informacji o talencie, wrażliwości czy możliwościach ekspresji aktora. Przeszkadza w tym czynnik stresu, spotkanie w bezosobowym studiu itd.” – mówi reżyser. Już czytając powieść Joanny Bator, Lankosz wyobrażał sobie Magdalenę Cielecką jako Alicję Tabor. Pisał więc wraz z żoną scenariusz właśnie z myślą o tej aktorce. „Od początku mieliśmy świadomość, że czeka ją bardzo trudne zadanie, bo Alicja spotyka się z różnymi postaciami, po czym wysłuchuje ich historii, które my kręciliśmy na planie w innym czasie, a potem Magda musiała ukazać zupełnie inną emocjonalność na twarzy bohaterki, która na skutek tych strasznych przecież opowieści stawała się trochę innym człowiekiem”.

„Miłe było dla mnie spotkanie z Joanną Bator, która powiedziała, że kiedy narodził się pomysł powstania filmu, też w pierwszej chwili zobaczyła mnie w roli Alicji Tabor. To ważna legitymacja artystyczna, coś takiego, co dodaje skrzydeł oraz poczucie, że jest się właściwą osobą na właściwym miejscu” – opowiada aktorka. „Wydaje mi się zresztą, że moja Alicja jest dosyć wierna tej książkowej, jest nierzucającą się w oczy reporterką, która łowi różne historie, stoi z boku i w odpowiednim momencie zadaje odpowiednie pytanie. Musi pozostać neutralna, być takim trochę lustrem, w którym inni mogą odbić swoje emocje. Nie jest ekstrawertyczna, w tej postaci nie ma dużej ekspresji, wszystko dzieje się pod spodem, pod skórą, pod powiekami. To było specyficzne aktorskie zadanie, bo zwykle wymaga się ode mnie wysokich, nawet histerycznych emocji. A tutaj musiałam trochę jak ślimak się schować, poszukać inaczej tej roli, środków wyrazu, dotrzeć do nieco innej siebie”.

Alicja Tabor przyjeżdża do Wałbrzycha niechętnie, wysłana tam niejako na siłę przez redakcję zainteresowaną reportażem na temat tajemniczych i w jakiś sposób ze sobą powiązanych zniknięć kilkuletnich dzieci. Wydawało jej się, że zostawiła ten świat za sobą, w przeszłości, ale gdy dociera na miejsce i zamieszkuje w domu, w którym przeżywała radości dzieciństwa i różne rodzinne tragedie, uświadamia sobie, że będzie musiała zmierzyć się z emocjami, które na różne sposoby wyparła. Prawda ją wyzwoli, ale zanim do tego dojdzie, będzie musiała wybrać się do piekła i z powrotem. W tej podróży towarzyszą jej na różne sposoby dwaj mężczyźni: dawny przyjaciel rodziny pan Albert Kukułka oraz tajemniczy Marcin Schwartz, który pewnej nocy zjawia się pod domem Alicji. W postaci te wcieliły się legendy polskiego aktorstwa, odpowiednio Jerzy Trela oraz Marcin Dorociński.

W dwie kobiece postaci skrywające klucz do przeszłości Alicji wcieliły się z kolei Agata Buzek i Eliza Rycembel. Pierwsza zagrała jej matkę, druga – starszą siostrę. Obie pojawiają się w filmowych opowieściach snutych przez pana Alberta Kukułkę, lecz pełnią w historii rodziny Taborów zupełnie inne role, a nawet są do pewnego stopnia wrogami. W obsadzie znaleźli się również: Piotr Fronczewski jako Marian, dyrektor domu dziecka w Wałbrzychu, z którego znika jedna z dziewczynek, Dorota Kolak jako jego wścibska i ekspansywna żona, Dawid Ogrodnik jako jego syn Mareczek, niestabilny emocjonalnie chłopak, któremu mateczka nigdy do końca nie odcięła pępowiny, oraz Roma Gąsiorowska, Rafał Maćkowiak, Aleksandra Konieczna i Krystyna Tkacz.

Ożywianie świata wyobraźni

Nikt nie wyobrażał sobie realizacji „Ciemno, prawie noc” w miejscu innym niż Wałbrzych. Lankosz zabiera widzów na odyseję po obskurnych, odrapanych, zniszczonych ludzką ręką i latami zaniedbań częściach miasta, ale jednocześnie nadaje mu niezwykłej stylowości, na pograniczu gotyckiej baśni i onirycznej fantazji. „Naszym głównym wyzwaniem jeżeli chodzi o język filmowy było znalezienie równowagi między ukazywaniem rzeczywistego świata a sugerowaniem jego baśniowości, nierealności” – tłumaczy Marcin Koszałka. „Wałbrzych nie jest tak dobijająco smutnym miastem jak w książce, ale jest w nim coś dojmującego, tak jak w sporej liczbie jego przestrzeni, które są zaniedbane, opuszczone, zapomniane. Dla filmu było to oczywiście korzystne, ale myślę, że za kilka lat tych dzielnic już nie będzie, zostaną przebudowane lub wyburzone” – kontynuuje autor zdjęć, który zdecydował się na pracę na kamerze cyfrowej ARRI Alexa i obiektywach Cooke Optics, żeby jeszcze mocniej zaznaczyć przesączającą się do świata Alicji baśniowość Wałbrzycha. „Do scen retrospekcji użyłem obiektywów historycznych z lat 80., żeby obraz był jeszcze bardziej miękki, miał niedoskonałości. W retrospekcjach nie ma większych zmian w kolorze czy ruchu kamery, widz musi się orientować, kiedy dzieje się akcja, zwracając uwagę na kostium czy wnętrze” – dodaje.

Jednym z najciekawszych obiektów był oczywiście majestatyczny zamek Książ, niemniej został on wyłącznie dostosowany do kolejnych okresów akcji poprzez scenografię i zdjęcia. Bardziej fascynujące dla filmowców były rozciągające się pod zamkiem tunele, w których nakręcono sekwencję pościgu Alicji Tabor i Marcina Schwartza za porywaczem dzieci. „To w gruncie rzeczy trasa turystyczna na 10-15 minut, ale była zima, najtrudniejszy okres zdjęć. Mężczyzna, który nas tam wpuścił, dał nam kaski i powiedział, że najwięksi twardziele wytrzymują na dole dwie godziny” – mówi Lankosz. „Myśmy kręcili przez dwanaście godzin. On po prostu nie rozumiał, że niesie nas wyzwolona na tym etapie produkcji determinacja, że każdy idzie na tysiąc procent”.

Główną filmową lokacją, zarówno wnętrzem, jak i plenerem, był dawny dom Taborów, do którego Alicja wprowadza się ponownie na czas pobytu w Wałbrzychu. „Brzydko w nim pachniało, wszędzie drażniące tapety i przerażające zabawki, ale dzięki temu wszystkim nam łatwiej było wczuć się w klimat scen. W tym domu unosiła się nie tyle energia, co pewna łuna emocji, które pasowały idealnie do tych przewijających się w powieści” – mówi aktorka Eliza Rycembel. „Dom znalazła pierwotnie Jagna Dobesz, która zaczynała pracę nad 'Ciemno, prawie noc’, ale była w pewnym momencie zmuszona zrezygnować z projektu. Otworzył jej starszy mężczyzna, oznajmiając, że to dom jego matki, która ma 90 lat i jest chora” – opowiada Borys Lankosz. „Kasia Filimoniuk, która przejęła scenografię, natrafiła w czasie swojej dokumentacji na ten sam dom. Przez przypadek, bez żadnego porozumienia z Jagną. Minęły może jakieś trzy tygodnie, ale ten sam mężczyzna powiedział jej, że w tym czasie jego matka zmarła i zgadza się na zdjęcia” – kontynuuje reżyser. „Pamiętam moment, kiedy weszliśmy pierwszy raz do tego domu i poczuliśmy na własnej skórze jego historię, klimat, niezwykłość. Cały był we wzorzystych tapetach, w patynie, a okazało się, że zamieszkiwała go poniemiecka rodzina szlachecka, co tym bardziej pasowało do atmosfery opowiadanej historii” – mówi Filimoniuk.

„Niesamowite było też to, że to dom starej kociary, która nie zmieniła nic przez ostatnie 50 lat, a koty wpadały do nas na plan w trakcie zdjęć, szukając pożywienia i swojej pani. To było przejmujące” – dodaje Borys Lankosz. Magdalena Lankosz pamięta chwilę, w której weszła do środka wraz z Joanną Bator: „Aśka złapała mnie za rękę i powiedziała, że to miejsce przerasta dom z jej wyobraźni! Wyraźnie się wzruszyła”.

„Ciemno, prawie noc” to – jak twierdzi reżyser – filmowa baśń dla dorosłych, opowiadająca o mrokach człowieczeństwa, ale też o różnych rodzajach światła, o nadziei i walce o nią.

Ekranizacja wchodzi na ekrany kin w piątek 22 marca, a poniżej możecie zobaczyć zwiastun filmu:

Wznowienie powieści „Ciemno, prawie noc” w filmowej okładce znajdziecie w księgarniach:

fot. Adam Golec/Aurum Film
źródło: mat. prasowe Kino Świat

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: film